niedziela, 18 sierpnia 2019

O nicości dosłowności

Pozwolę sobie dziś jedynie przytoczyć niezwykle wartościowe, przydatne dla zrozumienia, czym właściwie jest dosłowność i jak niewskazane jest w przekładzie obranie takiej ścieżki, wyimki z książki hebraisty UJ Marka Pieli (wiele jego artykułów i praca Grzech dosłowności we współczesnych przekładach ST jest dostępnych w sieci) oraz z tekstów zmarłego parę lat temu orientalisty, prof. Andrzeja Zaborskiego (pisywał o teorii przekładu Biblii i zrecenzował na łamach fachowych czasopism kilka tłumaczeń Ewangelii), kontestujące mit fałszywego przekonania o wyższości przekładu dosłownego.

Szkoła, Książki, Wiedzieć, Odczyt, Dowiedz Się Więcej
Dola tłumacza
A zatem jedziemy:
[Przekład dosłowny] polega głównie na gwałceniu, a co najmniej naciąganiu norm języka docelowego, co w rzeczywistości czyni przekład dostosowywany do norm języka oryginału niewiernym, bo przecież w oryginałach, poza zdarzającymi się neologizmami i błędami, mamy zgodność z normą. (A. Zaborski, Czy istnieje przekład filologiczny?, w: Języki orientalne w przekładzie, nr 24, Kraków 2002, s. 80).
*****
Praktycznie można i należy stosować zasadę, że przekład dosłowny jest najczęściej przekładem złym! Większa doza dosłowności wręcz gwarantuje błędne tłumaczenie nawet w tak prostych wypadkach jak tłumaczenie dosłowne na arabski polskiego Dzień dobry! jako Dzień dobroci (...). Z jednej strony panuje fałszywe wyobrażenie o istnieniu nieprzekładalności (...) a z drugiej  fałszywe przekonanie, że remedium na rzekomą nieprzekładalność jest dążenie do dosłowności. Odbiorcy przekładów dosłownych, np. Biblii, łatwo albo wręcz chętnie akceptują rozmaite dosłowności, które w swojej naiwności interpretują jako oznakę wierności, a poza tym  jako przejaw takiej czy innej egzotyki. Nie zdają sobie sprawy z tego, że dosłowność najczęściej oddala od oryginału, a nie przybliża do niego. (...) filolodzy [bibliści] częściej tłumaczą z myślą o swoich kolegach po fachu mających przekład porównywać z oryginałem aniżeli o odbiorcy nieznającym języka oryginału. (A. Zaborski, dz. cyt, s. 81).
*****
(...) skoro przekład z definicji dokonywany jest z jednego, niepowtarzalnego w swojej odrębności języka oryginału na drugi, również jedyny i niepowtarzalny język przekładu oraz niepowtarzalne w swojej odrębności struktur są także pozostałe elementy kultury oryginału i kultury przekładu, to wynika z tego, że nie można oczekiwać, że oryginał i przekład mogłyby być identyczne pod względem języka (w sposób oczywisty np. w przekładzie z hebrajskiego język polski, bez względu na ilość możliwych hebraizmów, nie będzie nigdy językiem hebrajskim), i że recepcja w kulturze, której część stanowi język przekładu, mogłaby być we wszystkich, również zewnętrznych, powierzchniowych szczegółach identyczna z recepcją ludzi żyjących w kulturze języka oryginału w określonej epoce. (A. Zaborski, Między archaizmem a neologizmem (wokół nowych przekładów Biblii w języku polskim), w: Polszczyzna biblijna, t. 2, Tarnów 2009, s. 48-49).
 *****
Oczywiście w trakcie przekładania dochodzi zawsze do utraty lub częściowego zniekształcenia pewnych elementów oryginału, ale dzieje się to również w trakcie komunikowania się w tym samym języku. Pozornie tylko wydaje się nam, że czytając jakikolwiek tekst w języku polskim rozumiemy go wszyscy tak samo i w takim samym zakresie. Ograniczając się tylko do wyrazu, np. wyraz samolot wywołuje inne reakcje u lotnika, a inne u kogoś, kto nigdy nie leciał samolotem, wyraz dziecko znaczy coś innego (w pewnym zakresie) dla kobiety mającej dzieci, a co innego dla kobiety nie mogącej mieć dziecka, wyraz pustynia znaczy coś innego dla kogoś, kto pustynię zna tylko z opisów i z kina i telewizji, a coś innego dla kogoś, kto był na pustyni itd. (A. Zaborski, Nowe tłumaczenia Biblii a teoria przekładu, w: Ruch Biblijny i Liturgiczny, nr 30, 1977, s. 299).
*****
W języku potocznym i w wyobrażeniu potocznym przekład dosłowny to przekład rzekomo bardzo dokładny i najbardziej wiarygodny. Tymczasem jest odwrotnie: w przekładzie dosłownym zawsze coś zostaje nieprzetłumaczone, nieuwzględnione, zamiast ekwiwalentu otrzymujemy w przekładzie dosłownym tylko coś niepełnego, zniekształconego. (A. Zaborski, Dwa nowe przekłady Ewangelii na język polski, w: Recepcja. Transfer. Przekład, nr 3, Warszawa 2005, s. 198).
*****
Jest oczywiste, że w przekładzie międzyjęzykowym nie można zachować wszystkich cech oryginału. Wynika to z samej definicji języka. Zadaniem tłumacza jest więc najpierw wybrać te cechy oryginału, które muszą być zachowane w przekładzie, o ile przewidywani odbiorcy mają reagować na niego podobnie, jak na oryginał reagują jego odbiorcy, a następnie tak zredagować przekład, by posiadał on owe cechy. Dosłowność można określić jako opłakany skutek beznadziejnych prób zachowania w przekładzie wszystkich cech oryginału, a wobec oczywistej niemożliwości tego ostatniego  jak największej ilości tych cech, bez oglądania się na ich hierarchię. (M. Piela, Grzech dosłowności we współczesnych polskich przekładach Starego Testamentu, Kraków 2003, s. 18).
*****
Dosłowność, czyli przekład częściowy, to błąd, bo to, co zostało nieprzetłumaczone, jest niezrozumiałe dla czytelnika (chyba że korzysta także z oryginału) lub też może on to zrozumieć inaczej niż odbiorca oryginału. Z wszelkimi znakami [językowymi lub niejęzykowymi, np. gestami  PJK] jest tak, jak z wyrazami: jeśli się nie przetłumaczy wyrazu, a tylko go przetranskrybuje, może on stać się niezrozumiały dla czytelnika takiego przekładu lub znaczyć dla niego co innego niż oryginał, gdy mianowicie wyraz przetranskrybowany jest formalnie tożsamy z jakimś wyrazem języka docelowego o innym znaczeniu (...). Nikt nie twierdzi, że dobry przekład polega na tym, że co drugi wyraz oryginału się tłumaczy, a co drugi  transkrybuje. Ale przecież czymś podobnym jest przekład dosłowny. (M. Piela, dz. cyt., s. 27).
*****
Jeżeli dany leksem języka oryginału ma dwa znaczenia, ale w tłumaczonym tekście kontekst jednoznacznie wskazuje, które z nich jest aktualizowane, a mimo to tłumacz przekłada ów leksem tak, jak można by go przełożyć w kontekstach, w których jest aktualizowane drugie z jego znaczeń, co prowadzi do niejasności przekładu, to tłumacz grzeszy dosłownością. (M. Piela, dz. cyt., s. 24).
Konkretne przykłady niefortunnych, mniej lub bardziej rzutujących na interpretację danego ustępu czy zagadnienia, dosłowności w tłumaczeniu Pisma św. przedstawiam w poszczególnych tekstach na blogu. O drobnej części translatorskich kiksów lub nie najszczęśliwszych transpozycjach już napomknąłem w poprzednich odsłonach. Toteż zachęcam do lektury zarówno dotychczasowych, jak przyszłych wpisów.

© Paweł Jarosław Kamiński 2019

środa, 5 czerwca 2019

Nie dla prywatnego wyjaśniania

Znalezione obrazy dla zapytania biblia natchnienie
Mateusz pod... natchnieniem
Niektórzy duszpasterze, odmawiając szeregowym wyznawcom prawa do interpretowania Biblii „po swojemu”, czyli bez nadzoru (czytaj: pod dyktando) duchownych, wspólnoty wierzących albo czcigodnego Magisterium Kościoła[1], biją wiernych po głowie tekstem 2P 1,20, tym samym dając samodzielnie myślącym chrześcijanom do zrozumienia, że z biblijnej doktryny nie pojmą ani krzty, jeśli nie wsłuchają się w głos  a jakże! nie Ducha Świętego i danego od Boga rozumu, lecz  wykładni opartej na fundamencie wielosetletniej Tradycji.

Ale, ale… czy aby na pewno nasz werset mówi o interpretacji Pisma Świętego bądź proroctw? Na początek przypatrzmy się, jak oddają go dwa popularne polskie przekłady, pierwszy cieszący się wielką estymą wśród katolików, drugi pośród wszelkiej maści protestantów: „To przede wszystkim miejcie na uwadze, że żadne proroctwo Pisma nie jest dla prywatnego wyjaśniania” (Biblia Tysiąclecia)[2]; „Przede wszystkim to wiedzcie, że wszelkie proroctwo Pisma nie podlega dowolnemu wykładowi” (Biblia warszawska)[3].

Zajrzyjmy teraz do innych tłumaczeń, także tych mniej znanych, co nie znaczy gorszych. I cóż tam zobaczymy? Ano coś zgoła odmiennego, cóż za sensacyjne odkrycie! Ejże, jakie tam znowu odkrycie, po prostu tłumacze nie trzymali się niewolniczo tradycji Hieronima i jego epigonów papugujących jedynie słuszną Wulgatę, na której bujnie wyrosła nietykalna Tradycja Kościoła, lecz zdobyli się na tyle odwagi, aby ruszyć konceptem i zaproponować przekłady idące pod prąd rozwiązań translatorskich betonu biblistycznego, za to spójniejsze z kontekstem Piotrowego listu.

Otóż w kilku swawolnych a wolnomyślicielskich tłumaczeniach dostrzegamy całkiem odmienne sformułowania, zdradzające różne od powyższego rozumienie tekstu greckiego. Oddajmy im głos (kursywa dodana): „Przede wszystkim wiedzcie, że żadne proroctwo Pisma nie rodzi się z ludzkich przemyśleń” (EIB)[4]; „A przy tym to przede wszystkim wiedzcie, że żadne proroctwo Pisma nie powstaje z prywatnej wypowiedzi” (Popowski)[5]; „Żadnego proroctwa zawartego w Piśmie nie wymyślili sami prorocy” (Słowo Życia)[6].

No, proszę! Według powyższych trzech tłumaczeń tekst nie mówi o interpretacji proroctw biblijnych[7], tylko o ich genezie, pochodzeniu, powstaniu. Różnica w obu nurtach przekładowych (tradycyjnym nazwijmy reprezentowany przez Biblię Tysiąclecia, nowatorskim zaś wspomniane wyżej trzy niekoszerne propozycje) zasadza się na odmiennym rozumieniu użytego tu rzeczownika epilyseōs (ἐπιλύσεως od epilysis [ἐπίλυσις]  m.in. ‘interpretacja, wykład, wyjaśnienie’), a przede wszystkim związanego z nim czasownika ginetai (γίνεται od ginomai [γίνομαι] ‘stać się, wydarzyć się, powstać’ i in.).

Skoro jednak z uwagi na językową niejednoznaczność analizowanego ustępu opinia tłumaczy jest tak podzielona, rodzi się słusznie pytanie, czy da się dociec, który przekład najpełniej wyraża zamysł natchnionego autora. Co ma począć przeciętny, nieznający języka oryginału czytelnik Pisma Świętego, kiedy sami tłumacze, przeważnie bibliści z zacnymi tytułami naukowymi, tak różnie rozumieją ten tekst? I czy w ogóle jest to kwestia rozstrzygalna?

Może istnieje jakieś świadectwo wewnętrzne, które by podpowiadało, jak należy rozumieć werset 20 i użyte w nim dwa wzmiankowane greckie słowa? Najwyraźniej tak. Jak je przełożyć, winien decydować rzecz oczywista kontekst, ponieważ tekst ma pierwszeństwo nad słownikiem: słownik jest uwarunkowany tekstem, bo właśnie na podstawie tekstów powstaje, o czym już kiedyś szerzej pisałem.

Klucza do rozwikłania zagadki dostarcza kontekst bliższy omawianego wyimka, czyli przede wszystkim werset 21 (grecki spójnik gar [γὰρ] ‘ponieważ, dlatego że’ wskazuje na uzasadnienie wcześniejszych słów): „Albowiem [gar] proroctwo nie przychodziło nigdy z woli ludzkiej, lecz wypowiadali je ludzie Boży, natchnieni Duchem Świętym” (Biblia warszawska).

Gdyby tak założyć, że w. 20 prawidłowo oddaje Biblia Tysiąclecia, wówczas te dwa wersety by się ze sobą gryzły, tworząc niespójną całość: w. 20 mówiłby, jakoby proroctw biblijnych nie można było interpretować indywidualnie (tylko zapewne pod czujnym okiem jaśnie oświeconych hierarchów kościelnych albo umnych bogomędrców z krainy teologii niedosięgłej dla prostaczków), a w. 21 uzasadniałby go absurdalnie tym, że proroctwa pisali ludzie natchnieni Duchem Świętym.

Podobnie jeśliby przyjąć, że w. 20 prawidłowo przełożono w Biblii warszawskiej, oba wersety również by się kłóciły. Werset 20 twierdziłby, że proroctwa nie mają niezliczonej liczby interpretacji i nie można ich rozumieć na wszelkie sposoby, w. 21 zaś jako argument podawałby nielogicznie, że proroctwa pisali ludzie natchnieni Duchem Świętym. (Nawiasem mówiąc trudno też uwierzyć, aby apostoł pisał — skądinąd także wbrew szerszemu kontekstowi, jak się dalej przekonamy — o tak oczywistej oczywistości jak to, że tekstu nie można wykładać na wiele różnych sposobów).

Uznanie natomiast tezy, że prawidłowo, acz nietradycyjnie oddają w. 20 chociażby trzy podane wyżej mniej znane, odszczepieńcze propozycje, prowadzi do spostrzeżenia, że obydwa wersety znakomicie ze sobą harmonizują: w. 20 mówi, że proroctwa nie powstały z ludzkich przemyśleń  tzn. kontemplacji nakierowanej na Boga lub refleksji nad światem, nie są owocem ludzkich rozważań, interpretacji zjawisk zachodzących w otaczającej rzeczywistości  co w. 21 rozwija czy też uzasadnia logicznie tym, że to nie ludzie byli twórcami proroctw, lecz Duch Święty, który ich natchnął.


Znalezione obrazy dla zapytania duch święty
A gdzie miejsce na rozum i Ducha Świętego?

O słuszności tej linii interpretacyjnej świadczy również szerszy kontekst listu apostoła Piotra, który w 2P 1,16-18 stwierdza, że wraz z innymi był jednym ze świadków wielkości Jezusa, co tylko potwierdziło proroctwa Starego Testamentu (w. 19), o których też pisze w 1P 1,10-12 i w 2P 3,2. Dalej, zaleca trzymać się słów proroków (w. 19), gdyż nie powstały one z ich własnych przemyśleń (w. 20), lecz z pobudki Ducha Świętego (w. 21).

Ba! nawet bez spójnika gar (a także jeśli wybierze się inne z jego znaczeń: ‘bez wątpienia, i, zaprawdę’) tekst klei się w spójną całość dopiero wówczas, gdy zachodzi w nim przedstawiony wyżej związek logiczny.

Albo ujmijmy rzecz jeszcze inaczej: kontekst nie podejmuje nigdzie kwestii wspólnotowego interpretowania proroctw ani możliwości wykładania ich wyłącznie przez teologicznych bossów Kościoła. Czytamy jedynie o potwierdzeniu wiarygodności proroctw osobistym doświadczeniem przez Piotra majestatu zapowiedzianego w nich Mesjasza (ww. 16-18) oraz o trwaniu przy nich (w. 19 i 2P 3,2)  co apostoł uzasadnia ich natchnieniem, czyli boskim pochodzeniem (w. 20-21)  to bowiem może ustrzec chrześcijan przed odstępstwem, gdy między nich wejdą fałszywi nauczyciele (2P 2,1), którzy zwiodą wielu (2P 2,2).

Uzasadniony zatem wydaje się wniosek, że większość polskich przekładów oddaje myśl apostoła Piotra, oględnie mówiąc, niewłaściwie. A przecież tłumacz powinien odrzucić uprzedzenia, wstępne założenia i podejść do tekstu Pisma Świętego bezstronnie, starając się dociec rzeczywistego znaczenia jego wersetów nie na podstawie tradycyjnej wykładni, ale przede wszystkim w oparciu o kontekst bliższy i dalszy. Nie może okazywać postawy intelektualnego lenistwa, tłumacząc fragment bez zrozumienia oryginału, oddając dany tekst w sposób „wzniośle ciemny”[8] albo utrwalając nawyki wierności wobec swoich przyzwyczajeń literackich i językowych zamiast wobec tekstu[9]. Pismo Święte należy do najlepiej opracowywanych typograficznie publikacji, mimo to w dziedzinie przekładu biblijnego zdarzają się czasami byki i byczki. Z drugiej strony nie ma się co dziwić, w końcu errare humanum est

Reasumując: wprawdzie nie każdy dwuznaczny językowo ustęp Pisma Świętego poddaje się wyjaśnieniu w oparciu o kontekst najbliższych kilku lub kilkudziesięciu wersetów, to jednak znaczenie fragmentu 2P 1,20 można na tej podstawie odczytać. I nie jest nim bynajmniej rzekomy zakaz samodzielnego interpretowania Biblii ani proroctw[10], tylko informacja o boskim pochodzeniu proroczych wypowiedzi. A zatem  primo kontekst!
__________________________
Przypisy:

[1] Sobór Trydencki na sesji 4 wydał następujący dekret o zasadach należytej interpretacji Pisma Świętego: „(…) dla poskromienia lekkomyślności myślenia [sobór] postanawia, aby nikt w oparciu o własne sądy dotyczące wiary i moralności, należące do gmachu nauki chrześcijańskiej, nie dostosowywał Pisma Świętego do swoich opinii, wbrew rozumieniu, które utrzymywała i utrzymuje święta Matka Kościół. Do niego należy podawanie prawdziwego sensu i wyjaśnianie Pisma Świętego. Niech też nikt nie komentuje Pisma Świętego wbrew opinii ojców, nawet gdyby komentarze takie nigdy nie miały być publikowane. Ordynariusze ujawnią takie przypadki i na winnych nałożą kary ustanowione w prawie” (Dokumenty soborów powszechnych, WAM, Kraków 2011, s. 213, 214). Trydenckie Wyznanie Wiary stwierdza: „Ponadto przyjmuję Pismo Święte w takim znaczeniu, w jakim je przyjmowała i przyjmuje święta Matka Kościół, do którego należy wydawanie sądu o prawdziwym znaczeniu i wyjaśnieniu jego treści. Nigdy nie będę go przyjmował i wyjaśniał inaczej, jak zgodnie z jednomyślnym przekonaniem Ojców” (tamże, s. 883).

[2] Biblia Tysiąclecia, wyd. 5, Pallottinum, Poznań 2005.

[3] Biblia warszawska, Towarzystwo Biblijne w Polsce, Warszawa 1998.

[4] Biblia, to jest Pismo Święte Starego i Nowego Przymierza, Ewangeliczny Instytut Biblijny, Poznań 2016.

[5] Nowy Testament. Przekład na Wielki Jubileusz Roku 2000, Vocatio, Warszawa 2002.

[6] Słowo Życia. Nowy Testament, Living Bibles International, Herrljunga 1989 (tekst polski powstał na podstawie angielskiego przekładu Living New Testament).

[7] Przy czym Biblia proroctwa pojmuje szeroko, nie tylko jako wypowiedzi nt. przyszłości (zob. Mashchak L.I., Epokowe wydarzenia, Chrześcijański Instytut Wydawniczy „Znaki Czasu”, Warszawa 2004, s. 149-160. 

[8] Piela M., „Jakiego przekładu Starego Testamentu brakuje w Polsce?”, w: Polszczyzna biblijna. Między tradycją a współczesnością, t. 1, Biblos, Tarnów 2009, s. 137-138.

[9] Zob. Linke W., „Wzruszenie czy zdenerwowanie Jezusa? Uwagi do tłumaczenia J 11,33.38, czyli tłumacz samotny wobec tradycji”, w: Polszczyzna biblijna. Między tradycją a współczesnością, t. 1, Biblos, Tarnów 2009, s. 221. 

[10] Przy tym nie należy zapominać o przestrodze tegoż Piotra podanej nieco dalej: „Tak też mówi [apostoł Paweł  przyp. P.J.K.] we wszystkich listach, gdzie się o tym wypowiada; są w nich pewne rzeczy niezrozumiałe, które, podobnie jak i inne pisma, ludzie niewykształceni i niezbyt umocnieni przekręcają ku własnej zgubie” (2P 3,16 Biblia warszawska).

© Paweł Jarosław Kamiński 2019

wtorek, 9 kwietnia 2019

Anioł czy posłaniec?

Swego czasu spotkałem się ze stwierdzeniem, że konotacje angelologiczne są Biblii obce i termin anioł na jej kartach nie występuje. I że w przekładzie winien się znaleźć koniecznie posłaniec ― czy to sam, czy z dodatkiem, np. niebiański posłaniec.

Czy Biblia odróżnia Bożych posłańców niebieskich od ludzkich? Istoty niebiańskie wyższego niż człowiek rzędu od synów Adama? A jeśli odróżnia, to czy koniecznie tłumaczeniowy ekwiwalent musi zawierać słowo posłaniec? Czy hebrajskie malach (מַלְאָךְ) i greckie angelos (ἄγγελος) faktycznie należy w Piśmie Świętym oddawać z zachowaniem słowa posłaniec, poseł lub wysłannik w czystej postaci bądź wraz z jakimś wyrazem towarzyszącym, np. przymiotnikiem niebiański? Czy termin anioł to wymysł znacznie późniejszych wieków i teologów pokroju uważanego za twórcę angelologii Pseudo-Dionizego Areopagity, który szeroko rozpisywał się na temat tych bytów duchowych?

Rzeźby Ogrodowe, Greer Anioł
Orzeł wylądował: celestialny desant (Hbr 1,14)
To, że w danym języku nie ma odrębnego słowa na oznaczenie jakiegoś desygnatu, nie oznacza jeszcze, jakoby w tym języku nie znano takiego czy innego pojęcia i nie było nazywającego je terminu. Terminu odrębnego, oznaczającego wyłącznie anioła może w określonym języku nie być, ale czy oznacza to brak terminu anioł jako takiego?

Aby lepiej zrozumieć casus anioła, przypatrzmy się paru innym przykładom. Leksem baptidzō (βαπτίζω) ma w grece klasycznej kilka znaczeń: 1) zanurzyć, 2) zatopić (np. okręt), 3) (przen.) zalać, np. tłum zalał miasto (zob. choćby J. Frankowski, »Biblia Tysiąclecia«: tło i problematyka przekładu, w: Przekład artystyczny. O sztuce tłumaczenia, Wrocław―Warszawa―Kraków―Gdańsk 1975, s. 74).

Czy w scenie chrztu Jezusa z rąk Jana właściwą rzeczą jest tłumaczyć ów czasownik jednym z trzech powyższych odpowiedników? Czy baptidzō ma w tym kontekście jedno ze wspomnianych trzech znaczeń? Bynajmniej. W grece biblijnej czasownik baptidzō ma jeszcze jedno znaczenie, stricte religijne ― oznacza mianowicie zanurzyć w wodzie w celach rytualno-symbolicznych na znak duchowego oczyszczenia z grzechów.

Żydzi pierwszego wieku naszej ery znali to znaczenie, gdyż czynności takiej dokonywali już członkowie esseńskiej wspólnoty. Żyd, słysząc czasownik baptidzō, domyślał się z kontekstu, o jakie znaczenie tego wyrazu chodzi ― zanurzenie, zatopienie łodzi czy okrętu, zalanie metaforyczne czy może akt o religijnym podłożu. Przekładanie zatem w kontekście religijnym nowotestamentowego baptidzō na zwykłe zanurzyć jest tylko pozornie bliższe oryginałowi, w gruncie rzeczy jednak nas od oryginału oddala, polskie zanurzyć bowiem konotacji religijnych nie niesie i byłoby niezrozumiałe oraz dziwaczne dla nieprzygotowanego czytelnika, tymczasem dla Żyda z przełomu er baptidzō było zarówno zrozumiałe, jak i stosunkowo zwyczajne, tj. nie uderzające dziwacznością.

Trudno znaleźć idealny polski odpowiednik nowotestamentowego baptidzō, jednak można próbować łączyć zanurzenie z czynnością religijną przez hybrydową konstrukcję chrzcić przez zanurzenie. Mimo że, jak nadmieniłem, nie jest to ekwiwalent w pełni satysfakcjonujący, lepsze to i od niereligijnego zanurzyć, i od częściowo pustego semantycznie chrzcić, nie ewokującego obrazu czynności zanurzania.

Podobnie ma się rzecz z innymi leksemami w Biblii, np. ze słowem stauros (σταυρός), które w nowotestamentowej grece oznacza także krzyż, nie jedynie pal. Żydzi odróżniali przecież pal (słup) od wprowadzonego przez rzymskiego okupanta, jako narzędzie wymierzanej kary śmierci, krzyża, ślepi nie byli ― a mimo to ową nowinkę nazywali po staremu (tj. stauros), nie wymyślając na nią odrębnej nazwy. To samo stało się ze słowem malach, które początkowo oznaczało wyłącznie posłańca, a z czasem zyskało znaczenie anioła. Zaszedł tu następujący prosty i powszechny mechanizm: (...) łatwiej jest poszerzyć znaczenie słowa nazywającego rzecz podobną, niż wymyślać słowo całkiem nowe (M. Rusinek, Pypcie na języku, Warszawa 2017, s. 141).

A jeśli proces przebiegał w odwrotnym kierunku, nie stanowi to większej różnicy. Oznaczałoby to bowiem, że najpierw słowem malach określano istoty wyższego niżeli człowiek rzędu, którym Jahwe poruczał rozmaite sprawy, posyłając je tu i tam z określonymi zadaniami (np. strzeżenie wstępu do ogrodu przed upadłymi ludźmi), potem zaś termin ten synowie Adama i Ewy przyjęli do nazywania człowieka posyłanego z takim czy innym zadaniem przez innych ludzi.

Inny przykład: w Ewangelii wg Jana Iudaioi (Ἰουδαῖοι) w zależności od kontekstu oznacza nie tylko 1) Żydów, lecz także 2) Judejczyków bądź 3) przywódców żydowskich, faryzeuszy, przełożonych żydowskich, władze żydowskie (zob. D. Gruber, Kopernik i Żydzi, Kraków 2012, s. 105-123).

Również kontekst wskazuje, czy na kartach Nowego Testamentu metenoeō (μετανοέω) znaczy zmienić zdanie czy może nawrócić się lub upamiętać się ― i stosownie do kontekstu należy dobrać adekwatny polski odpowiednik.

Jeszcze inny przykład, tym razem z podwórka pozabiblijnego: Anglik nie powie, że Polacy nie odróżniają ślimaka ze skorupą od ślimaka bez skorupy (więc jakoby należy to słowo tłumaczyć również przez jedno angielskie słowo), skoro na widok tego stworzenia określamy je na ogół jednym słowem: ślimak, nie precyzując, czy chodzi o skorupowego czy bezskorupowego (Anglosasi mają tu odpowiednio snail i slug), ani że Polacy nie odróżniają żółwia lądowego (ang. tortoise) od morskiego (ang. turtle), skoro na widok jednego czy drugiego stworzenia mówimy na ogół: żółw, nie uszczegółowiając, który z tych dwóch mamy na myśli.

Tłumaczyć malach i angelos wyłącznie jako posłaniec, poseł czy wysłannik to jak tłumaczyć hebrajskie basar wszędzie jako ciało, mimo że leksem ten ma także inne znaczenia (członek, krewny, stworzenie, istota, marny śmiertelnik, nędzny człek, żywe stworzenie, żywa istota), choć w wielu przekładach niekompetentni tłumacze kropią na lewo i prawo: ciało. (Celowo pominąłem znaczenie mięso, gdyż w takich akurat kontekstach przekładacze biblijni błędów nie popełniają). Jest to zwyczajne etymologizowanie, należące do katalogu błędów niewykwalifikowanych lub nieporadnych tłumaczy.

Podobnie sprawa wygląda z hebrajskim czasownikiem barach, który oznacza błogosławić, a także ― tu niespodzianka ― coś zgoła odwrotnego, mianowicie przeklinać i bluźnić; kiepski tłumacz przekładałby to jak leci wszędzie jako błogosławić, no bo skoro słowa przeklinać i bluźnić nie mają w Biblii Hebrajskiej odrębnego leksemu...

Krótko mówiąc, w Biblii angelos i malach to terminy polisemiczne, które w zależności od kontekstu oznaczają 1) posłańca, posła, wysłannika bądź 2) anioła, czyli istotę niebiańską wyższego rzędu niż człowiek. Nie ma powodu, dla którego nie mielibyśmy stosować w przekładzie odrębnych polskich słów na oznaczenie, w zależności od kontekstu, posłańca bądź anioła. Powód polisemii oryginalnego słowa greckiego i hebrajskiego to żaden powód do stosowania w polskim przekładzie jednakowego słowa lub do używania na określanie istoty niebiańskiej ekwiwalentu tłumaczeniowego niebiański posłaniec, skoro autorzy biblijni te dwa desygnaty rozróżniali, mimo że stosowali na ich oznaczenie jednakowy leksem.

Znaczenie nr 2 poświadczają choćby dwa pierwsze rozdziały Listu do Hebrajczyków. Aby nie być gołosłownym, przytoczę Hbr 2,5-7, gdzie czytamy (Biblia warszawska): Bo nie aniołom [angelos] poddał świat, który ma przyjść, o którym mówimy. Stwierdził to zaś ktoś, kiedy gdzieś powiedział: »Czymże jest człowiek, że pamiętasz o nim? Albo syn człowieczy, że dbasz o niego? Uczyniłeś go [Chrystusa] na krótko mniejszym od aniołów [angelos]«. Autor Listu do Hebrajczyków rozumiał tu angelos nie jako ogólnikowego posłańca ani Bożego posłańca o nieokreślonej naturze (człowieka lub byt duchowy), lecz jako niebiańską istotę wyższego niźli człowiek rzędu.

Wprawdzie Pseudo-Dionizy Areopagita stworzył rozbudowaną hierarchię anielską, lecz o aniołach pisali jeszcze przed nim chrześcijanie bardzo wcześnie, dość wspomnieć Atenagorasa z Aten (II w.), Ireneusza z Lyonu (II w.) czy Ambrożego z Mediolanu (IV w.), który zaproponował podział chórów (porządków) anielskich na trzy triady ― a to, czy posługiwali się przy tym odrębnymi leksemami i mieli oddzielny termin na określenie tej istoty, jest sprawą drugorzędną:  najistotniejsze, że znali pojęcie niebiańskiej istoty wyższego rzędu i opisywali ją w takich czy innych słowach. Samo zaś wprowadzenie w tym czy innym języku odrębnego terminu na jej określenie to szczegół bez większego znaczenia.

Reasumując: malach i angelos można śmiało przekładać w Piśmie św. jako anioł, jeżeli tylko kontekst wskazuje, że właśnie o taki byt duchowy chodzi, a nie o posłańca. Skrywanie się pod jednym słowem kilku znaczeń nazywa się polisemią (jednemu leksemowi odpowiadają co najmniej dwa znaczenia): jest to zjawisko powszechne i zupełnie naturalne w każdym języku. Tłumaczenie wszędzie w Biblii malach/angelos jako posłaniec, stauros jako pal, baptidzō jako zanurzyć, a metenoeō jako zmienić zdanie ― to błąd anachronizmu zwany po angielsku etymological fallacy, czyli odwoływaniem się do etymologii danego leksemu mimo zdezaktualizowanego w danym kontekście znaczenia pierwotnego i lekceważeniem znaczenia wtórnego (późniejszego), które w tymże fragmencie jest aktualne (zob. A. Zaborski, Dwa nowe przekłady Ewangelii na język polski, w: Recepcja. Transfer. Przekład, t. 3, Warszawa 2005, s. 180). I jednocześnie niezrozumienie, czym jest zjawisko polisemii.

Zarówno etymologizowanie, jak lekceważenie wieloznaczności poszczególnych leksemów wiedzie tłumacza i czytelnika na manowce i wertepy, a czasem nawet na interpretacyjne bagna.

____________________________________

PS Bywają niekiedy w Piśmie św. ustępy, których kontekst bliższy ani dalszy nie podpowiada, w którym z dwóch znaczeń użyto wyrazu malach czy angelos. Gdy istotnie niepodobna dojść, o które ze znaczeń idzie, można zasygnalizować w przypisie alternatywny wariant przekładowy.

© Paweł Jarosław Kamiński 2019

niedziela, 10 marca 2019

Megaloman Jezus biblijnych dysortografów

Wielu nie podziela poglądu, że Jezus na kartach Nowego Testamentu ukazany jest jako Bóg. Nie będę tej kwestii w tym miejscu roztrząsał, niemniej stanowisko takie niektórzy wyprowadzają z pewnych jego wypowiedzi, w których przede wszystkim wskazywał na Ojca niebieskiego, siebie zaś stawiał, w porównaniu z nim, w cieniu. Inni z kolei, chcąc podkreślić wielkość Jezusa ― jak również Ojca i Ducha św., a nawet Marii ― podkreślają to poprzez... ortografię.

Z umiarkowanym stopniem ujmowania w karby dużych liter zaimków odnoszących się do Jezusa w zwrotach nie bezpośrednich, lecz w partiach narracyjnych mamy do czynienia w bardzo popularnej protestanckiej Biblii warszawskiej. Kilka przykładów:
  • A On wziął owe pięć chlebów i dwie ryby (...) (Mk 6,41).
  • Ja chrzciłem was wodą, On zaś będzie chrzcił was Duchem Świętym (Mk 1,8).
  • A On mu odrzekł: Czemu pytasz mnie o to, co dobre? (Mt 19,17).
  • A On gromił je i nie pozwalał im mówić, bo one wiedziały, iż On jest Chrystusem (Łk 4,41).
  • Ale On mówił o świątyni ciała swego (J 2,21).
Biblia warszawska na szczęście nie jest w tej materii konsekwentna i dużą literą obdarowuje tylko niektóre tyczące Jezusa zaimki. Biblia Tysiąclecia jednak omalże nie bierze jeńców: posuwa się w inkryminowanym procederze jeszcze dalej, tęgo faszerując tekst zaimkami wielkoliterowymi dość otworzyć tekst na obojętnie której stronie dowolnej Ewangelii.

Kuriozum do kwadratu jest stosowanie dużej litery do zaimków w sytuacjach, gdy wypowiedź nie pochodzi od narratora, lecz pada z ust ludzi nieprzekonanych do mesjaństwa Jezusa albo przynajmniej tego nieświadomych, a nawet  tak, tak!  wyraźnie do Jezusa nastawionych wrogo:
  • Oni zaś rzekli do Niego: »Uczniowie Jana dużo poszczą i modły odprawiają, podobnie też uczniowie faryzeuszów; natomiast Twoi jedzą i piją«” (Łk 5,33 BT).
  • Jakże Ty, będąc Żydem, prosisz mnie, Samarytankę o wodę? (J 4,9).
  • Znowu zapytał go arcykapłan, i rzekł mu: Czy Ty jesteś Chrystus, Syn Błogosławionego? (Mk 14,61).
  • Czemu On tak mówi? [On] bluźni (Mk 2,7 BT).
Nawet w wypowiedzi diabła obserwujemy absurdalny zapis dużymi literami:
  • „Dam Ci tę całą władzę i jej przepych, ponieważ mnie ona została powierzona i mogę ją dać, komu chcę. Jeśli więc oddasz mi hołd, wszystko będzie Twoje (Łk 4,6 Biblia paulistów).
Swoją drogą ciekawe, dlaczego dużą literą nie oddają zaimków w wypowiedziach szatana dotyczących własnej osoby (np. w Mt 4,9: „To wszystko dam ci, jeśli upadniesz i złożysz Mi pokłon). Nie brakowało mu przecież pychy, ego miał wprost niebotyczne: „Wstąpię na niebiosa, swój tron wyniosę ponad gwiazdy Boże i zasiądę na górze narad, na najdalszej północy. Wstąpię na szczyty obłoków, zrównam się z Najwyższym (Iz 14,13-14). Oczywiście, nikogo nie zachęcam do takiej praktyki, wskazuję tylko na pewien brak przemyślenia i konsekwencji w decyzjach ortograficznych przyjętych w polskich Bibliach.

Szczytem jednak wielkoliterowej obsesji są bodaj partie tekstu, w których Jezus mówi sam o sobie, a nadgorliwi redaktorzy kropią dużymi literami zaimki JaMnieMój itp. Swego czasu zżymał się na to zmarły niedawno Robert Stiller: Z tą groteskową dużą literą, jakby podkreślając czołobitność Jezusa wobec samego siebie (Pokaż język!, t. 1, Kraków 2012, s. 313). Tymczasem dużymi literami trzeba gospodarować w polszczyźnie oszczędnie, nie wolno ich trwonić lekką ręką. Z praktyką takiego niefrasobliwego marnotrawstwa mamy do czynienia nawet w Biblii warszawskiej, a cóż dopiero w nieprzejednanej Tysiąclatce:
  • Oto dlatego Ja posyłam do was proroków i mędrców, i uczonych w Piśmie (...) (Mt 23,34).
  • To i Ja wam nie powiem, jaką mocą to czynię (Mt 21,27).
  • Wszakże nie co Ja chcę, ale co Ty (Mk 14,36).
  • Jeżelibym Ja wydawał o sobie świadectwo, świadectwo moje nie byłoby wiarygodne (...) (J 5,31).
  • Nie powitałeś Mnie pocałunkiem (...). Głowy nie namaściłeś Mi oliwą (...) (Łk 7,45-46 BT).
  • Tak, Ja Nim jestem (Mt 26,64 BT) ― tu mamy urocze spiętrzenie aż dwóch takich zaimków.
Co za rozrzutność! W tekstach tak zapisanych Jeszua jawi się jako megaloman, pyszałek i egocentryk, podczas gdy opisany w Księdze Izajasza Sługa Jahwe miał się cechować m.in. daleko posuniętą pokorą. Pokory wszakże nie widać w tak cudacznych rozwiązaniach redaktorskich polskich tłumaczeń Pisma św., które swoim zapisem wręcz świadczą o nieskromnie wybujałym ego Człowieka z Nazaretu. Zresztą nawet wstawianie wielkoliterowych zaimków w tekstach dotyczących Ojca niebieskiego lub wychodzących z jego ust (poza wypowiedziami skierowanymi wprost do niego) też budzi pewien niesmak i zgrzyta. Jahwe  Ojciec, Syn czy Duch Święty  nie potrzebuje takiego wsparcia ortograficznego. O niezwykłych aktach stwórczych i odkupieńczych Boga oraz jego wspaniałym działaniu w życiu jednostek i narodów mówi całe mnóstwo wersetów. Mocy, wielkości i niepowtarzalności Boga nie trzeba podrasowywać wielkoliterowymi zaimkami: nie przydadzą mu one boskości ani nie przymnożą niepodrabialnych atrybutów.

Dziennikarze to kretyni? Zobacz słynne wpadki polskich dziennikarzy [WIDEO]  - Dziennikzachodni.pl
Polska jenzyk trudna jenzyk
Niektórym i tego nie wystarcza: wcielają do armii dużych liter nawet zaimki swój i sobie (dobrze, że bodaj się i siebie oszczędzono w tej brance). Zjawisko to szczęśliwie nie występuje, jak się zdaje, w przekładach Biblii, mamy z nim jednak do czynienia w religijnych tekstach pozabiblijnych. Rozpanoszona w pismach teologicznych i religijnych (także śpiewnikach, przy czym w przypadku  tych ostatnich nie mam na myśli apostrof, czyli bezpośrednich zwrotów do Boga) maniera wielkoliterowych zaimków jest szalenie trudna do wyplenienia z zachwaszczonego ogródka polszczyzny, skoro teolodzy i pisarze chrześcijańscy, w tym redaktorzy, szastają nimi na lewo i prawo, za wzorzec przyjmując rozwiązania zastosowane przede wszystkim w Piśmie św., a redaktorzy tego ostatniego biorą za wzór czytywane artykuły biblistów oraz teologów... i tak koło się zamyka.

Przypomina mi się doświadczenie z pracy zawodowej, gdy przetłumaczony fragment Bóg za pośrednictwem swego Ducha (...) redaktorzy i korektorzy  utytułowani teolodzy i poloniści zarażeni manią wielkich liter  zmienili mi (arbitralnie!) na rzekomo lepszą wersję Bóg za pośrednictwem Swego Ducha (...). Jerum pajtasz!...

Ponadto dużą literą ozdabia się niekiedy w przekładach Pisma św. słowo imię, gdy dotyczy Boga, co jest kolejnym eksponatem w polskim gabinecie biblijnych osobliwości.

Na tym nie koniec. Ta jedynie słuszna moda przenika do piśmiennictwa pozateologicznego, gdzie coraz więcej mamy takich dziwów. Zapewne niemały wpływ ma na to zjawisko angielszczyzna i tłumaczone z niej teksty, dlatego przypomnę, że His (gdy mowa o którejś z Osób Boskich) nie zawsze trzeba oddawać po polsku jako Jego. W przekładzie na polski zaimki można często pominąć, bo są one domyślne na podstawie kontekstu, a jeśli zaimka użyć należy, to wystarczą zwyczajne swój lub własny. Przecież gdy idzie o jedną i tę samą osobę, nie mówimy: Marcin wziął jego kapelusz, tylko: Marcin wziął swój kapelusz, a najczęściej po prostu: Marcin wziął kapelusz, jeżeli tylko kontekst nie podpowiada, aby w grę mógł wchodzić kapelusz kogo innego niż Marcina, a z takimi sytuacjami przecież, statystycznie rzecz biorąc, mamy do czynienia w tekstach i w życiu najczęściej.

Zjawisko przeniknęło do pism niereligijnych do tego stopnia, że już trudno sobie wyobrazić tekst, w którym by w odniesieniu do Boga zaimki pisano małymi literami. Krnąbrnym jednostkom jako ostateczną wyrocznię podsuwa się tryumfalnie pod nos książkę, skądinąd pomocną i wartościową, Pisownia słownictwa religijnego. Jakby zapominając o jednym: że taki czy inny zapis zależy od kontekstu, jak również od intencji piszącego, nie od sztywnej, ślepej reguły językoznawców. Dodatkowo mamy chociażby warianty Ewangelia i ewangelia (gdy mowa o naukach Jezusa, nie o księdze), a także Pismo Święte i Pismo święte”. Teolodzy jednak znają i forsują oczywiście tylko sztancę: Ewangelia i Pismo Święte. Przez takie stawianie sprawy ktoś jeszcze, w dobie tak modnych teorii spiskowych, gotów pomyśleć, że Rada Języka Polskiego to jakaś klika, która wymusza zapis wielkoliterowy na podstawie arbitralnych ustaleń (z ukłonem w stronę nie rozsądku, lecz teologicznej maniery), czemu niewolniczo poddają się redaktorzy i korektorzy, choćby piszący był ateuszem lub wierzącym świadomym doskonale kontekstu danego ustępu, narzucającego lub co najmniej dopuszczającego rozwiązanie inne niż oficjalne spod szyldu: Pewuenowcy & Bogomędrcy, Inc.

Dużą literę sugerowałbym zarezerwować, oprócz zapisu rozmów z Bogiem (czyli tzw. apostrof i inwokacji), do wypowiedzi tyczących się Boga pod warunkiem, że użycie litery małej byłoby dwuznaczne. Ale i wtedy niech takie rozwiązanie będzie przyjmowane tylko jako ostateczność, tj. kiedy nie można zdania sformułować inaczej (choć wprawny tłumacz i redaktor w większości przypadków nie powinien mieć z tym problemu) i zaimek małoliterowy byłby dwuznaczny, czyli nie wskazywałby jasno, czy odnosi się do Boga, czy też człowieka, anioła, bożka, przedmiotu czy zjawiska.

Wszystkie wspomniane wyżej grzechy znajdziemy także na kartach tak zachwalanej tu i ówdzie Biblii ekumenicznej:
  • Wtedy zawołasz i PAN odpowie, zawołasz o pomoc, a On powie: Oto jestem! (Iz 58,9).
  • Kim jest ten, który zaciemnia Mój zamiar słowami bezmyślnymi? Przepasz biodra jak mężczyzna, będę cię pytał, a ty Mi wyjaśnisz. Gdzie byłeś, gdy zakładałem fundamenty ziemi? Wyjaw Mi, jeśli posiadasz taką wiedzę (Hi 38,2-4).
  • Dzięki temu przestaną szemrać przeciwko Mnie i nie zginą (Lb 17,25).
  • Królowie ziemi powstają, a możni razem spiskują przeciw PANU i Jego Pomazańcowi. Mówią: Zerwijmy Ich więzy, odrzućmy od siebie Ich pęta (Ps 2,2-3).
  • Wzywaj Mnie, a Ja ci odpowiem i oznajmię ci rzeczy wielkie i niepojęte, których nie znasz. (...) Jeśli zdołacie zerwać Moje przymierze z dniem i Moje przymierze z nocą tak, by nie było ani dnia, ani nocy we właściwym czasie, to będzie także zerwane Moje przymierze z Dawidem, Moim sługą, tak by nie miał syna panującego na jego tronie, oraz z kapłanami-lewitami, Moimi sługami (Jr 33,3.20-21).
  • Tak samo urągali Mu i łotrzy, którzy razem z Nim byli ukrzyżowani (Mt 27,44).
  • Zobaczyli to faryzeusze i powiedzieli do Niego: Popatrz, Twoi uczniowie robią to, czego w szabat robić nie wolno (Mt 12,2).
  • Oni jednak jeszcze głośniej krzyczeli: Na krzyż z Nim (Mt 27,23).
  • Cały lud jednak zawołał: Krew Jego na nas i na nasze dzieci! (Mt 27,25).
  • Dam Ci to wszystko, jeśli upadniesz na twarz i złożysz mi hołd (Mt 4,9).
Interesująco pisał o tej manierze Michał Wojciechowski, którego wypowiedź pozwolę sobie przytoczyć in extenso (M. Wojciechowski, Słabe punkty polskiego tłumaczenia Ewangelii w Biblii Tysiąclecia, w: Biblica et Patristica Thoruniensia, nr 9, 2016, s. 155):
Najszkodliwsze jest jednak to, że zaimki, które odnoszą się do Osób Boskich, Jezusa jako człowieka i jego matki, pisane są w BT z dużej litery. Jest to jaskrawa sprzeczność z oryginałem, gdzie zaimki te są niesamodzielne i przeważnie nawet nieakcentowane. Dość często można  by je po prostu ominąć. Raczej czcij ojca i matkę niż czcij ojca swego i matkę swoją
Nadmiar dużych liter wcale nie nawiązuje do tradycji. Jest to koncepcja redaktorów BT, gdyż przekłady wcześniejsze ich nie nadużywały. Przeniesiono tę manierę z niektórych tekstów liturgicznych, wmawiając wszystkim, że taka powinna być norma. Tymczasem oddawanie czci Panu Jezusowi przez sztuczną ortografię wydaje się mocno powierzchowne. 
Dalsze przekłady poszły niestety za tym, choć zostawiając małą literę przy pierwszej osobie. W BT Jezus mówi jednak o sobie JaMnie  z dużej litery. Z dużej litery mówią też o nim przeciwnicy, co jest jaskrawym zafałszowaniem. Potem redaktorzy pism i książek religijnych zaczęli wymuszać również na autorach artykułów i książek nadużywanie dużych liter w tekstach naukowych i popularnych, przez co publikacje religijne bywają dość niestrawne dla nieprzyzwyczajonych do tej maniery. 
I jeszcze dwa słowa ze strony profesora (M. Wojciechowski, Najnowszy przekład biblijny, w: Collectanea Theologica, 75, 2005 nr 4):
Jak w Biblii Tysiąclecia przyjęto pisownię wszystkich zaimków odnoszących się do Boga i Jezusa. Jest to niestety ortografia wprowadzona sztucznie, wbrew dawniejszej tradycji (od czasów Wujka po Dąbrowskiego) (...). Niesłusznie uchodzi za normatywną. Masowy czytelnik nie jest nawykły do tekstów kościelnych i odbiera ją jako męczącą i dziwaczną (...). Przyjęte rozwiązanie nie wynika z wierności oryginałowi, lecz pewnej maniery, a szkodzi przystępności dla ogółu, która była ważnym celem przekładu.

© Paweł Jarosław Kamiński 2019