Wśród
czytelników Pisma Świętego niezorientowanych w arkanach sztuki przekładowczej panuje
powszechne a mylne przekonanie, że tłumaczenie wierne to tłumaczenie dosłowne. Otóż jest wręcz odwrotnie — im dosłowności mniej, tym przekład lepszy.
Niektórzy
argumentują, że dobre wydanie Biblii winno zawierać literalnie
przełożony tekst, z zaproponowanymi wieloma opcjami przekładu leksemów
czy zwrotów, a czytelnik już samodzielnie dokona interpretacji. Że niby
odbiorca nie znający danego języka wybierze sobie spośród
zaproponowanych przez tłumacza wariantów te, które uzna za
najwłaściwsze. Tyle że taki tekst w gruncie rzeczy powstać by nie mógł,
nie sposób bowiem wyczerpać wszystkich możliwości przełożenia danego
zdania, a nawet słowa. Jakiż wyraz istnieje w oderwaniu od kontekstu?
Mit słownika
Wielu
żyje w złudnym przeświadczeniu, jakoby przekład polegał na zamianie słów i konstrukcji języka wyjściowego (języka oryginału) na słowa i
konstrukcje języka docelowego (języka przekładu). I że receptą na dobry
przekład jest solidny, czyli gruby słownik. Oj, nie tędy droga... W
tłumaczeniu nie podmienia się mechanicznie słownikowych odpowiedników,
przekład to czynność znacznie bardziej złożona: gdyby było tak łatwo,
tłumaczy już dawno zastąpiłyby maszyny. Język i myślenie podlegają
jednak znaczniej bardziej skomplikowanym mechanizmom.
Niepodobna zmieścić w słowniku wszystkich znaczeń danego leksemu, które
by przyszły do głowy rodzimemu użytkownikowi języka, gdyż „nikt nie jest w stanie wyobrazić sobie wszystkich sytuacji, w jakich pojawić się może dana jednostka leksykalna” (K. Hejwowski, Kognitywno-komunikacyjna teoria przekładu, Warszawa 2006, s. 35). Co za tym idzie, „nawet
najobszerniejsze słowniki zawierają luki”
(K. Lipiński, Vademecum tłumacza, Kraków 2006, s. 139). Ponadto
posiłkowanie się słownikami, a także wydawnictwami poprawnościowymi, w
celu uniknięcia użycia danego słowa w niewłaściwym znaczeniu przynależy
raczej do nowożytności. Dawniej słowników było znacznie mniej i tym
samym znacznie rzadziej do nich sięgano, nawet obecnie jednak znaczenie
leksemów należy ustalać przede wszystkim na podstawie kontekstu, nie
słownika, gdyż to słowniki powstają na podstawie tekstów, nie odwrotnie.
Każdy autor może rozszerzyć znaczenie danego wyrażenia, zwrotu, frazy czy wyrazu i używa języka specyficznie: ma swój idiolekt, niekoniecznie wyraża się „słownikowo”. Oddajmy głos przytoczonemu już Krzysztofowi Hejwowskiemu (dz. cyt., s. 29-30, 34):
Mit
tłumaczenia dosłownego zakłada wiarę w mit słownika. Mit słownika to
przekonanie niektórych naiwnych użytkowników o tym, że słowniki podają
nam ekwiwalenty tłumaczeniowe danych jednostek leksykalnych języka
wyjściowego. Wystarczy wziąć taką gotową cegiełkę ze słownika
dwujęzycznego i wetknąć ją w odpowiednie miejsce tekstu docelowego.
(...) Tłumacze wiedzą doskonale, że ekwiwalenty w słownikach
dwujęzycznych trzeba weryfikować za pomocą różnych słowników
monolingwalnych (...). Szukając polskiego ekwiwalentu angielskiego
wyrazu podczas tłumaczenia, wolę często zajrzeć do angielskiego słownika
jednojęzycznego, bo zamieszczony tam opis wyrazu i przykłady jego
zastosowań pewniej mnie zwykle doprowadzą do poszukiwanego wyrazu
polskiego niż słownik dwujęzyczny. Trzeba pamiętać, że słowniki nie
odkrywają i nie ujawniają jakichś absolutnych prawd o języku i jego
znaczeniu. Opisują jedynie rzeczywistość językową w kategoriach
statystycznych.
(...)
Ludzie
wierzą w autorytet słowa pisanego. Często sądzimy, że słowniki i
opracowania gramatyczne to pełna wiedza na temat języka, przedstawiona
nam przez specjalistów, którzy wiedzą wszystko. My, zwykli śmiertelnicy,
nigdy takiej wiedzy nie osiągniemy, możemy jedynie do niej aspirować. W
takim nabożnym podejściu do słowników znika nam z pola widzenia prosta
prawda, że słowniki są pisane przez ludzi, których wiedza na temat
języka — choć zapewne większa od przeciętnej —
nie może przecież być pełna, którzy dysponują ograniczonym czasem,
ograniczonym budżetem i ograniczonymi korpusami tekstów. Efekty ich
działania mogą być lepsze lub gorsze, ale nigdy nie dostarczą nam
pełnego opisu języka.
Barwnie i ze swadą w materii zawodności i niewystarczalności słownika wypowiada się tłumacz z portugalskiego Danielo Nogueira (tłum. Joanna Tkaczyk):
Tłumacz otoczony słownikami jest jednym z tych złudzeń, które straszą wyobraźnię laików — ale i wielu tłumaczy. Sterta słowników nie czyni dobrym tłumaczem —
tak jak dobry aparat nie uczyni nikogo dobrym fotografem czy też
posiadanie samochodu Formuły 1 nie zrobiłoby ze mnie kierowcy
wyścigowego.
Ograniczyłem wiarę w słowniki. Ktoś, kto
napisał to, co teraz tłumaczę, nie zawsze kieruje się słownikiem. Raczej
jest zupełnie odwrotnie: słowniki niejako podążają za tym, co napisali
ludzie, i zawierają jedynie użycie uważane za „poprawne”,
jakiekolwiek jest znaczenie. Oczywiście zawierają tylko rzeczy
sprawdzone. A ludzie, którzy piszą słowniki, mają również swoje
uprzedzenia. (...)
Słowniki są bardzo potężną bronią i nie
powinno się zostawiać ich w niedoświadczonych lub niewyszkolonych
rękach. Słowniki dwujęzyczne są bardziej niebezpieczne od
jednojęzycznych, ponieważ dają tłumaczom złudne poczucie bezpieczeństwa.
A im większe, tym bardziej niebezpieczne: Jest ten wielki słownik,
wydany przez to duże wydawnictwo i napisany przez takich specjalistów, a
w nim „X” = „Y”. Więc mogę przetłumaczyć „X” jako „Y”.
Niestety, to nieprawda. W najlepszym przypadku słownik podaje, że znaleźliśmy co najmniej jeden przykład słowa „X”, które według naszej najlepszej wiedzy i przekonania powinien być przetłumaczony jako „Y” i uznany za odpowiedni do słownika. To nie znaczy, że przykład słowa „X” w naszym tekście należy tłumaczyć jako „Y”. Jest to bolesna lekcja, ale musi nauczyć się jej każdy, kto planuje w przyszłości zostać dobrym tłumaczem.
Owszem, można by wydać multiwariantywny, rzecz jasna nie wyczerpujący wszystkich możliwości, specjalny przekład Biblii z
myślą o filologach (hebraistach czy grecystach lub osobach uczących się tych
języków), ale zwykły zjadacz chleba filologiem nie jest i guzik go obchodzą zakresy znaczeniowe leksemów, idiomy czy składnia języka wyjściowego — i słusznie, bo
od przełożenia ich na zrozumiały komunikat nie jest nieprzygotowany
filologicznie (czyli niekompetentny językowo) czytelnik, lecz tłumacz
filolog (znawca języka i kultury oryginału). Nie znającemu greki ani
aramejszczyzny Iksińkiemu taka akademicka „pomoc” w interpretowaniu Pisma św. wyświadczyć
by mogła wręcz niedźwiedzią przysługę z racji nieposiadania przezeń
zaplecza filologicznego. Musi zatem posiłkować się różnymi przekładami, z
tych zaś każdy jest interpretacją: nie da się od tego uciec.
Terminy historyczne, nieprzystawalność pojęć
Są w świecie antycznym rzeczy i pojęcia — wyjaśnia Kazimierz Kumaniecki —
które od dawna nie istnieją już w świecie nowożytnym i nie mają w nim
swoich odpowiedników; toteż tłumacz pragnąc je wiernie oddać staje od
razu przed wielkimi trudnościami, z których zresztą niejednokrotnie nie
zdaje sobie w pełni sprawy. (K. Kumaniecki, „Nad prozą antyczną”, w: O sztuce tłumaczenia, Wrocław 1955, s. 99).
Następnie autor rzuca garść przykładów. Grecki stratēgos (στρατηγός) nie może zostać w tłumaczeniu „generałem” czy „hetmanem”, nie sposób mówić o
„narodzie ateńskim”, jeżeli Ateńczycy nie tworzyli narodu, łaciński consul to w średniowieczu nie „konsul”, lecz „rajca”, advocatus zaś —
„wójt” (tamże, s. 99-100).
Dzieje tak się też w przypadku Pisma Świętego, gdzie pewne utarte w polszczyźnie
biblijnej terminy nie przystają do dzisiejszych realiów ani nie stanowią
adekwatnego odpowiednika danego leksemu użytego w oryginale. Tak jest
choćby ze słowem „celnik”,
które znaczy obecnie co innego niż w staropolskich Bibliach (pracownika
państwowego urzędującego na przejściu granicznym), znacznie lepiej zaś
sens greckiego telōnēs
(τελώνης) oddaje dziś polskie słowo „poborca”. Słabo też wypadają „uczeni w piśmie (Piśmie)”, „uczeni w Prawie” czy „doktorowie”, podczas gdy lepszym odpowiednikiem tożsamych nomodidaskalos (νομοδιδάσκαλος: Łk 5,17), grammateus (γραμματεύς: Łk 5,21; Mk 2,6; 12,28; Mt 9,3; 23,29)
i nomikos (νομικὸς: Mt 22,35; Łk 10,25; 11,43.46.47) byłby „znawca Tory” lub „znawca Pisma Świętego”
(nie: pisma, bo nie uczyli czytać i pisać! również raczej nie: Pisma,
gdyż słuchacze nie będą dużej litery słyszeć: przypomnę, że Biblia bywa czytana podczas kazań i homilii — dla niektórych ludzi jedynych sytuacji, kiedy mogą zapoznać się z jej treścią); można by też
ewentualnie rozważyć — na zasadzie tzw. egzotyzacji — wprowadzenie, wraz z załączeniem odpowiedniej adnotacji, terminu „sofer” (l.mn. „soferowie”, od hebr. soferim), jeśli o soferów w tekście chodzi. Biblijne realia są egzotyczne, pochodzą z odległych czasów ludzi żyjących niejako w innym świecie: kiedy tłumaczymy tekst pochodzący np. ze średniowiecza, występują w nim średniowieczne realia, a co za tym idzie —
terminy i pojęcia historyczne, które niekiedy trzeba opatrzyć stosownym
glosariuszem, jeżeli współcześnie nie mamy odpowiednika określonej
funkcji, przedmiotu czy zjawiska.
Łatwiej zrzynać, niż ruszyć konceptem
Tłumacze zbyt często zakładają ręce i asekuracyjnie papugują rozwiązania
poprzedników, tymczasem uczciwie podchodząc do rzeczy, winni zweryfikować,
czy aby na pewno dane słowo lub zwrot rozumiano dotychczas należycie, nawet gdyby tradycja
określonej wykładni i rozwiązania przekładowego sięgała setek i więcej
lat. A jeśli popełniono kiedyś błędy, trzeba dopatrzeć, żeby ich nie
powtarzać, choćby stali za nimi wielcy średniowieczni czy nowożytni
egzegeci: jednym z takich przypadków jest powielanie, bodaj wskutek wykładni Jana Chryzostoma, niefortunnie przełożonego w J 11,33 i J 11,38 słowa embrimaomai (ἐμβριμάομαι), które tak naprawdę mówi o wzburzeniu, gniewie Jezusa, nie o wzruszeniu (zob. W. Linke, „Wzruszenie czy zdenerwowanie Jezusa? Uwagi do tłumaczenia J 11,33.38, czyli tłumacz samotny wobec tradycji”, w: Polszczyzna biblijna, t. 1, Toruń 2009, s. 203-222).
Z takim lenistwem intelektualnym mamy zresztą do czynienia na polu przekładu nie tylko Biblii,
lecz także, aczkolwiek w znacznie mniejszym stopniu, starożytnych
filozofów. Przykładem trudności translatorskich są chociażby słynna
grecka arēte i łacińska virtus, wcale niekoniecznie tożsame z polską „cnotą” (zob. T. Mróz, Rara avis przekładów Platona. „Eutyfron” w tłumaczeniu Józefa Bocheńskiego, w: „Homo moralis — homo creativus”, Jelenia Góra 2015, s. 125-6). U Stagiryty z kolei tytuł dzieła oddawany tradycyjnie jako Etyka nikomachejska winien brzmieć raczej O celu ludzkiego życia bądź Do czego powinniśmy dążyć?, gdyż wbrew bałamutnej ułudzie greckich ethike i ta ethika nie traktuje o etyce ani moralności (zob. L. Skowroński, „Dlaczego konieczne jest nowe tłumaczenie Etyki nikomachejskiej Arystotelesa?”, w: Archiwum historii filozofii i myśli społecznej, nr 56/2011, s. 53-68).
Koloryt
Nierzadko pada argument, że skoro oryginał ma swój urok i kryje tajemnice, to i przekłady
dosłowne
muszą dać czytelnikowi posmak owej tajemnicy oraz tzw. kolorytu
lokalnego (couleur locale). Zwolennicy takiego podejścia chcą mieć do czynienia w przekładzie z efektem obcości. Koncepcja dwóch sposobów tłumaczenia — wyobcowującego i przyswajającego — pochodzi od Lutra i Schleiermachera. Tyle że przekład Biblii nie jest
podręcznikiem do nauki greki, aramejskiego czy hebrajskiego. Tłumaczenie ma być
oddaniem w języku docelowym tego, co niezrozumiałe
dla czytelnika nie znającego języka wyjściowego. A za
arcypotężną dawkę kolorystyki wystarczą aż nadto już same
zachowania, zwyczaje, geografia i
obrzędy postaci biblijnych żyjących w jakże odległych czasowo,
geograficznie, mentalnie i obyczajowo światach. Egzotyzmy należy więc
sobie darować, chyba że — jak pisałem wyżej — mamy do czynienia ze zjawiskiem, funkcją czy przedmiotem historycznym dziś już niewystępującym.
W
zasadzie w każdym wypadku można i jest bezpiecznie z semityzmów rezygnować —
przekonuje Andrzej Zaborski. — Język polski niewątpliwie
posiada środki wyrazu ekwiwalentne środkom wyrazu języka hebrajskiego czy
greki, chociaż oczywiście nie te same. („Nowe tłumaczenia Biblii a teoria przekładu”, w: Ruch
Biblijny i Liturgiczny, nr 30, 1977, s. 306).
Przekład jest interpretacją
Jeszcze
inni preferują przekłady dosłowne Pisma św. dlatego, że wolą być
zwiedzeni literalnością
tłumaczenia aniżeli wykładnią interpretatora. Tak jakby była jakaś
różnica w stopniu niezrozumienia tekstu w jednym i drugim przypadku:
błędna wykładnia jest błędna niezależnie od tego, czy podsunie nam ją
autor przekładu niedosłownego, czy też dosłownego.
A że nie można ufać interpretacji
określonego tłumacza? Oczywiście! przy tak arcyważnym tekście jak Słowo
Boże nie można sobie
pozwolić na zdanie się na jednego człowieka. Tylko że od poszerzenia
horyzontu jest
lektura książek i artykułów traktujących na temat
poszczególnych biblijnych zagadnień, zwrotów, leksemów czy wersetów. I
naturalnie porównywanie danego ustępu w różnych przekładach Biblii. Ewentualnie
można się nauczyć oryginału, skoro nie chce się być skażonym interpretacją
tłumacza.
Niemniej jednak nawet wówczas będziemy sobie tekst przekładać i
interpretować w
głowie, gdyż każda lektura, nawet w ramach języka rodzimego, jest już
interpretacją (zob. M. Łukasiewicz, Pięć razy o przekładzie, Kraków—Gdańsk
2017, s. 59-88). Pisał o tym chociażby Gadamer, co widać już po wymownym tytule jego pracy Lektura jest przekładem. Czymże jest przekład, jeśli nie
oddaniem w innym języku tego, czegośmy się doczytali (zob. M. Łukasiewicz, dz. cyt.,
s. 61)? Stefan Ingvarsson w wywiadzie dla Dwutygodnika ujmuje rzecz w następujący sposób: „(...) tłumacz dokonuje interpretacji, przekład jest orzeczeniem tłumacza na temat tego, czym jest według niego oryginalny tekst”.
NIE MA TRANSLACJI BEZ INTERPRETACJI — ta zasada
stoi na pierwszej stronie elementarza adeptów sztuki przekładu. „[K]ażde
przekładowe wykonanie oryginału jest jego interpretacją”
(A. Kopacki, „Mała typologia wady”, w: O nich tutaj, Kraków—Warszawa
2016, s. 97). Uniknąć tego — powtórzmy — nie sposób, czytelnicy są skazani na poznawanie odczytań tłumaczy.
Nie tylko kafir nie ma letko
Na pocieszenie (acz marne, iście godne przyjaciół Hioba) można dodać, że podobne problemy występują w przypadku tłumaczeń świętej księgi islamu. Koran
w klasycznym i nieocenionym przekładzie na polski też, jak
dowodzi szkic Nasalskiego, pozostawia wiele do życzenia, grzesząc dosłownością i nieczytelnością (I. Nasalski, „Koran w tłumaczeniu Józefa Bielawskiego”, w: Języki orientalne w przekładzie, nr 24, Kraków 2002, s. 123-131). Dla przykładu sięgnijmy do trzech konkretów ukazanych w artykule:
- W wersecie 68:16 czytamy: „My napiętnujemy go na ryju”. Czyżby chodziło o wulgarnie sformułowany tekst o wypaleniu za karę jakiegoś znamienia? Nic z tych rzeczy: idzie o zwykłe „My utrzemy mu nosa”.
- W wersecie 2:188 spotykamy niezbornie posklejane słowa: „(...)
i nie zjadajcie sobie nawzajem majątków nadaremnie; nie oddawajcie ich
sędziom po to, by zjadać grzesznie część majątku innych ludzi — skoro przecież wiecie”, tymczasem oryginał znaczy: „Nie
pozbawiajcie się swoich majątków. Nie przekupujcie też sędziów, aby
wejść w posiadanie cudzego majątku, skoro wiecie, że jest to grzechem”.
- Werset 2:217 zaskakuje nas szkaradzieństwem: „[a jeśli ktoś z was wyrzeknie się swej religii] tacy będą mieszkańcami ognia”, mimo że nie chodzi tu o czczących ogień zaratusztrian, lecz o potępieńców, toteż właściwym przekładem mogłoby być: „takich czeka ogień piekielny” lub „tacy będą się smażyć w piekle”.
© Paweł Jarosław Kamiński 2019