Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wpadki tłumaczy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wpadki tłumaczy. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 czerwca 2019

Nie dla prywatnego wyjaśniania

Znalezione obrazy dla zapytania biblia natchnienie
Mateusz pod... natchnieniem
Niektórzy duszpasterze, odmawiając szeregowym wyznawcom prawa do interpretowania Biblii „po swojemu”, czyli bez nadzoru (czytaj: pod dyktando) duchownych, wspólnoty wierzących albo czcigodnego Magisterium Kościoła[1], biją wiernych po głowie tekstem 2P 1,20, tym samym dając samodzielnie myślącym chrześcijanom do zrozumienia, że z biblijnej doktryny nie pojmą ani krzty, jeśli nie wsłuchają się w głos  a jakże! nie Ducha Świętego i danego od Boga rozumu, lecz  wykładni opartej na fundamencie wielosetletniej Tradycji.

Ale, ale… czy aby na pewno nasz werset mówi o interpretacji Pisma Świętego bądź proroctw? Na początek przypatrzmy się, jak oddają go dwa popularne polskie przekłady, pierwszy cieszący się wielką estymą wśród katolików, drugi pośród wszelkiej maści protestantów: „To przede wszystkim miejcie na uwadze, że żadne proroctwo Pisma nie jest dla prywatnego wyjaśniania” (Biblia Tysiąclecia)[2]; „Przede wszystkim to wiedzcie, że wszelkie proroctwo Pisma nie podlega dowolnemu wykładowi” (Biblia warszawska)[3].

Zajrzyjmy teraz do innych tłumaczeń, także tych mniej znanych, co nie znaczy gorszych. I cóż tam zobaczymy? Ano coś zgoła odmiennego, cóż za sensacyjne odkrycie! Ejże, jakie tam znowu odkrycie, po prostu tłumacze nie trzymali się niewolniczo tradycji Hieronima i jego epigonów papugujących jedynie słuszną Wulgatę, na której bujnie wyrosła nietykalna Tradycja Kościoła, lecz zdobyli się na tyle odwagi, aby ruszyć konceptem i zaproponować przekłady idące pod prąd rozwiązań translatorskich betonu biblistycznego, za to spójniejsze z kontekstem Piotrowego listu.

Otóż w kilku swawolnych a wolnomyślicielskich tłumaczeniach dostrzegamy całkiem odmienne sformułowania, zdradzające różne od powyższego rozumienie tekstu greckiego. Oddajmy im głos (kursywa dodana): „Przede wszystkim wiedzcie, że żadne proroctwo Pisma nie rodzi się z ludzkich przemyśleń” (EIB)[4]; „A przy tym to przede wszystkim wiedzcie, że żadne proroctwo Pisma nie powstaje z prywatnej wypowiedzi” (Popowski)[5]; „Żadnego proroctwa zawartego w Piśmie nie wymyślili sami prorocy” (Słowo Życia)[6].

No, proszę! Według powyższych trzech tłumaczeń tekst nie mówi o interpretacji proroctw biblijnych[7], tylko o ich genezie, pochodzeniu, powstaniu. Różnica w obu nurtach przekładowych (tradycyjnym nazwijmy reprezentowany przez Biblię Tysiąclecia, nowatorskim zaś wspomniane wyżej trzy niekoszerne propozycje) zasadza się na odmiennym rozumieniu użytego tu rzeczownika epilyseōs (ἐπιλύσεως od epilysis [ἐπίλυσις]  m.in. ‘interpretacja, wykład, wyjaśnienie’), a przede wszystkim związanego z nim czasownika ginetai (γίνεται od ginomai [γίνομαι] ‘stać się, wydarzyć się, powstać’ i in.).

Skoro jednak z uwagi na językową niejednoznaczność analizowanego ustępu opinia tłumaczy jest tak podzielona, rodzi się słusznie pytanie, czy da się dociec, który przekład najpełniej wyraża zamysł natchnionego autora. Co ma począć przeciętny, nieznający języka oryginału czytelnik Pisma Świętego, kiedy sami tłumacze, przeważnie bibliści z zacnymi tytułami naukowymi, tak różnie rozumieją ten tekst? I czy w ogóle jest to kwestia rozstrzygalna?

Może istnieje jakieś świadectwo wewnętrzne, które by podpowiadało, jak należy rozumieć werset 20 i użyte w nim dwa wzmiankowane greckie słowa? Najwyraźniej tak. Jak je przełożyć, winien decydować rzecz oczywista kontekst, ponieważ tekst ma pierwszeństwo nad słownikiem: słownik jest uwarunkowany tekstem, bo właśnie na podstawie tekstów powstaje, o czym już kiedyś szerzej pisałem.

Klucza do rozwikłania zagadki dostarcza kontekst bliższy omawianego wyimka, czyli przede wszystkim werset 21 (grecki spójnik gar [γὰρ] ‘ponieważ, dlatego że’ wskazuje na uzasadnienie wcześniejszych słów): „Albowiem [gar] proroctwo nie przychodziło nigdy z woli ludzkiej, lecz wypowiadali je ludzie Boży, natchnieni Duchem Świętym” (Biblia warszawska).

Gdyby tak założyć, że w. 20 prawidłowo oddaje Biblia Tysiąclecia, wówczas te dwa wersety by się ze sobą gryzły, tworząc niespójną całość: w. 20 mówiłby, jakoby proroctw biblijnych nie można było interpretować indywidualnie (tylko zapewne pod czujnym okiem jaśnie oświeconych hierarchów kościelnych albo umnych bogomędrców z krainy teologii niedosięgłej dla prostaczków), a w. 21 uzasadniałby go absurdalnie tym, że proroctwa pisali ludzie natchnieni Duchem Świętym.

Podobnie jeśliby przyjąć, że w. 20 prawidłowo przełożono w Biblii warszawskiej, oba wersety również by się kłóciły. Werset 20 twierdziłby, że proroctwa nie mają niezliczonej liczby interpretacji i nie można ich rozumieć na wszelkie sposoby, w. 21 zaś jako argument podawałby nielogicznie, że proroctwa pisali ludzie natchnieni Duchem Świętym. (Nawiasem mówiąc trudno też uwierzyć, aby apostoł pisał — skądinąd także wbrew szerszemu kontekstowi, jak się dalej przekonamy — o tak oczywistej oczywistości jak to, że tekstu nie można wykładać na wiele różnych sposobów).

Uznanie natomiast tezy, że prawidłowo, acz nietradycyjnie oddają w. 20 chociażby trzy podane wyżej mniej znane, odszczepieńcze propozycje, prowadzi do spostrzeżenia, że obydwa wersety znakomicie ze sobą harmonizują: w. 20 mówi, że proroctwa nie powstały z ludzkich przemyśleń  tzn. kontemplacji nakierowanej na Boga lub refleksji nad światem, nie są owocem ludzkich rozważań, interpretacji zjawisk zachodzących w otaczającej rzeczywistości  co w. 21 rozwija czy też uzasadnia logicznie tym, że to nie ludzie byli twórcami proroctw, lecz Duch Święty, który ich natchnął.


Znalezione obrazy dla zapytania duch święty
A gdzie miejsce na rozum i Ducha Świętego?

O słuszności tej linii interpretacyjnej świadczy również szerszy kontekst listu apostoła Piotra, który w 2P 1,16-18 stwierdza, że wraz z innymi był jednym ze świadków wielkości Jezusa, co tylko potwierdziło proroctwa Starego Testamentu (w. 19), o których też pisze w 1P 1,10-12 i w 2P 3,2. Dalej, zaleca trzymać się słów proroków (w. 19), gdyż nie powstały one z ich własnych przemyśleń (w. 20), lecz z pobudki Ducha Świętego (w. 21).

Ba! nawet bez spójnika gar (a także jeśli wybierze się inne z jego znaczeń: ‘bez wątpienia, i, zaprawdę’) tekst klei się w spójną całość dopiero wówczas, gdy zachodzi w nim przedstawiony wyżej związek logiczny.

Albo ujmijmy rzecz jeszcze inaczej: kontekst nie podejmuje nigdzie kwestii wspólnotowego interpretowania proroctw ani możliwości wykładania ich wyłącznie przez teologicznych bossów Kościoła. Czytamy jedynie o potwierdzeniu wiarygodności proroctw osobistym doświadczeniem przez Piotra majestatu zapowiedzianego w nich Mesjasza (ww. 16-18) oraz o trwaniu przy nich (w. 19 i 2P 3,2)  co apostoł uzasadnia ich natchnieniem, czyli boskim pochodzeniem (w. 20-21)  to bowiem może ustrzec chrześcijan przed odstępstwem, gdy między nich wejdą fałszywi nauczyciele (2P 2,1), którzy zwiodą wielu (2P 2,2).

Uzasadniony zatem wydaje się wniosek, że większość polskich przekładów oddaje myśl apostoła Piotra, oględnie mówiąc, niewłaściwie. A przecież tłumacz powinien odrzucić uprzedzenia, wstępne założenia i podejść do tekstu Pisma Świętego bezstronnie, starając się dociec rzeczywistego znaczenia jego wersetów nie na podstawie tradycyjnej wykładni, ale przede wszystkim w oparciu o kontekst bliższy i dalszy. Nie może okazywać postawy intelektualnego lenistwa, tłumacząc fragment bez zrozumienia oryginału, oddając dany tekst w sposób „wzniośle ciemny”[8] albo utrwalając nawyki wierności wobec swoich przyzwyczajeń literackich i językowych zamiast wobec tekstu[9]. Pismo Święte należy do najlepiej opracowywanych typograficznie publikacji, mimo to w dziedzinie przekładu biblijnego zdarzają się czasami byki i byczki. Z drugiej strony nie ma się co dziwić, w końcu errare humanum est

Reasumując: wprawdzie nie każdy dwuznaczny językowo ustęp Pisma Świętego poddaje się wyjaśnieniu w oparciu o kontekst najbliższych kilku lub kilkudziesięciu wersetów, to jednak znaczenie fragmentu 2P 1,20 można na tej podstawie odczytać. I nie jest nim bynajmniej rzekomy zakaz samodzielnego interpretowania Biblii ani proroctw[10], tylko informacja o boskim pochodzeniu proroczych wypowiedzi. A zatem  primo kontekst!
__________________________
Przypisy:

[1] Sobór Trydencki na sesji 4 wydał następujący dekret o zasadach należytej interpretacji Pisma Świętego: „(…) dla poskromienia lekkomyślności myślenia [sobór] postanawia, aby nikt w oparciu o własne sądy dotyczące wiary i moralności, należące do gmachu nauki chrześcijańskiej, nie dostosowywał Pisma Świętego do swoich opinii, wbrew rozumieniu, które utrzymywała i utrzymuje święta Matka Kościół. Do niego należy podawanie prawdziwego sensu i wyjaśnianie Pisma Świętego. Niech też nikt nie komentuje Pisma Świętego wbrew opinii ojców, nawet gdyby komentarze takie nigdy nie miały być publikowane. Ordynariusze ujawnią takie przypadki i na winnych nałożą kary ustanowione w prawie” (Dokumenty soborów powszechnych, WAM, Kraków 2011, s. 213, 214). Trydenckie Wyznanie Wiary stwierdza: „Ponadto przyjmuję Pismo Święte w takim znaczeniu, w jakim je przyjmowała i przyjmuje święta Matka Kościół, do którego należy wydawanie sądu o prawdziwym znaczeniu i wyjaśnieniu jego treści. Nigdy nie będę go przyjmował i wyjaśniał inaczej, jak zgodnie z jednomyślnym przekonaniem Ojców” (tamże, s. 883).

[2] Biblia Tysiąclecia, wyd. 5, Pallottinum, Poznań 2005.

[3] Biblia warszawska, Towarzystwo Biblijne w Polsce, Warszawa 1998.

[4] Biblia, to jest Pismo Święte Starego i Nowego Przymierza, Ewangeliczny Instytut Biblijny, Poznań 2016.

[5] Nowy Testament. Przekład na Wielki Jubileusz Roku 2000, Vocatio, Warszawa 2002.

[6] Słowo Życia. Nowy Testament, Living Bibles International, Herrljunga 1989 (tekst polski powstał na podstawie angielskiego przekładu Living New Testament).

[7] Przy czym Biblia proroctwa pojmuje szeroko, nie tylko jako wypowiedzi nt. przyszłości (zob. Mashchak L.I., Epokowe wydarzenia, Chrześcijański Instytut Wydawniczy „Znaki Czasu”, Warszawa 2004, s. 149-160. 

[8] Piela M., „Jakiego przekładu Starego Testamentu brakuje w Polsce?”, w: Polszczyzna biblijna. Między tradycją a współczesnością, t. 1, Biblos, Tarnów 2009, s. 137-138.

[9] Zob. Linke W., „Wzruszenie czy zdenerwowanie Jezusa? Uwagi do tłumaczenia J 11,33.38, czyli tłumacz samotny wobec tradycji”, w: Polszczyzna biblijna. Między tradycją a współczesnością, t. 1, Biblos, Tarnów 2009, s. 221. 

[10] Przy tym nie należy zapominać o przestrodze tegoż Piotra podanej nieco dalej: „Tak też mówi [apostoł Paweł  przyp. P.J.K.] we wszystkich listach, gdzie się o tym wypowiada; są w nich pewne rzeczy niezrozumiałe, które, podobnie jak i inne pisma, ludzie niewykształceni i niezbyt umocnieni przekręcają ku własnej zgubie” (2P 3,16 Biblia warszawska).

© Paweł Jarosław Kamiński 2019

niedziela, 10 marca 2019

Megaloman Jezus biblijnych dysortografów

Wielu nie podziela poglądu, że Jezus na kartach Nowego Testamentu ukazany jest jako Bóg. Nie będę tej kwestii w tym miejscu roztrząsał, niemniej stanowisko takie niektórzy wyprowadzają z pewnych jego wypowiedzi, w których przede wszystkim wskazywał na Ojca niebieskiego, siebie zaś stawiał, w porównaniu z nim, w cieniu. Inni z kolei, chcąc podkreślić wielkość Jezusa ― jak również Ojca i Ducha św., a nawet Marii ― podkreślają to poprzez... ortografię.

Z umiarkowanym stopniem ujmowania w karby dużych liter zaimków odnoszących się do Jezusa w zwrotach nie bezpośrednich, lecz w partiach narracyjnych mamy do czynienia w bardzo popularnej protestanckiej Biblii warszawskiej. Kilka przykładów:
  • A On wziął owe pięć chlebów i dwie ryby (...) (Mk 6,41).
  • Ja chrzciłem was wodą, On zaś będzie chrzcił was Duchem Świętym (Mk 1,8).
  • A On mu odrzekł: Czemu pytasz mnie o to, co dobre? (Mt 19,17).
  • A On gromił je i nie pozwalał im mówić, bo one wiedziały, iż On jest Chrystusem (Łk 4,41).
  • Ale On mówił o świątyni ciała swego (J 2,21).
Biblia warszawska na szczęście nie jest w tej materii konsekwentna i dużą literą obdarowuje tylko niektóre tyczące Jezusa zaimki. Biblia Tysiąclecia jednak omalże nie bierze jeńców: posuwa się w inkryminowanym procederze jeszcze dalej, tęgo faszerując tekst zaimkami wielkoliterowymi dość otworzyć tekst na obojętnie której stronie dowolnej Ewangelii.

Kuriozum do kwadratu jest stosowanie dużej litery do zaimków w sytuacjach, gdy wypowiedź nie pochodzi od narratora, lecz pada z ust ludzi nieprzekonanych do mesjaństwa Jezusa albo przynajmniej tego nieświadomych, a nawet  tak, tak!  wyraźnie do Jezusa nastawionych wrogo:
  • Oni zaś rzekli do Niego: »Uczniowie Jana dużo poszczą i modły odprawiają, podobnie też uczniowie faryzeuszów; natomiast Twoi jedzą i piją«” (Łk 5,33 BT).
  • Jakże Ty, będąc Żydem, prosisz mnie, Samarytankę o wodę? (J 4,9).
  • Znowu zapytał go arcykapłan, i rzekł mu: Czy Ty jesteś Chrystus, Syn Błogosławionego? (Mk 14,61).
  • Czemu On tak mówi? [On] bluźni (Mk 2,7 BT).
Nawet w wypowiedzi diabła obserwujemy absurdalny zapis dużymi literami:
  • „Dam Ci tę całą władzę i jej przepych, ponieważ mnie ona została powierzona i mogę ją dać, komu chcę. Jeśli więc oddasz mi hołd, wszystko będzie Twoje (Łk 4,6 Biblia paulistów).
Swoją drogą ciekawe, dlaczego dużą literą nie oddają zaimków w wypowiedziach szatana dotyczących własnej osoby (np. w Mt 4,9: „To wszystko dam ci, jeśli upadniesz i złożysz Mi pokłon). Nie brakowało mu przecież pychy, ego miał wprost niebotyczne: „Wstąpię na niebiosa, swój tron wyniosę ponad gwiazdy Boże i zasiądę na górze narad, na najdalszej północy. Wstąpię na szczyty obłoków, zrównam się z Najwyższym (Iz 14,13-14). Oczywiście, nikogo nie zachęcam do takiej praktyki, wskazuję tylko na pewien brak przemyślenia i konsekwencji w decyzjach ortograficznych przyjętych w polskich Bibliach.

Szczytem jednak wielkoliterowej obsesji są bodaj partie tekstu, w których Jezus mówi sam o sobie, a nadgorliwi redaktorzy kropią dużymi literami zaimki JaMnieMój itp. Swego czasu zżymał się na to zmarły niedawno Robert Stiller: Z tą groteskową dużą literą, jakby podkreślając czołobitność Jezusa wobec samego siebie (Pokaż język!, t. 1, Kraków 2012, s. 313). Tymczasem dużymi literami trzeba gospodarować w polszczyźnie oszczędnie, nie wolno ich trwonić lekką ręką. Z praktyką takiego niefrasobliwego marnotrawstwa mamy do czynienia nawet w Biblii warszawskiej, a cóż dopiero w nieprzejednanej Tysiąclatce:
  • Oto dlatego Ja posyłam do was proroków i mędrców, i uczonych w Piśmie (...) (Mt 23,34).
  • To i Ja wam nie powiem, jaką mocą to czynię (Mt 21,27).
  • Wszakże nie co Ja chcę, ale co Ty (Mk 14,36).
  • Jeżelibym Ja wydawał o sobie świadectwo, świadectwo moje nie byłoby wiarygodne (...) (J 5,31).
  • Nie powitałeś Mnie pocałunkiem (...). Głowy nie namaściłeś Mi oliwą (...) (Łk 7,45-46 BT).
  • Tak, Ja Nim jestem (Mt 26,64 BT) ― tu mamy urocze spiętrzenie aż dwóch takich zaimków.
Co za rozrzutność! W tekstach tak zapisanych Jeszua jawi się jako megaloman, pyszałek i egocentryk, podczas gdy opisany w Księdze Izajasza Sługa Jahwe miał się cechować m.in. daleko posuniętą pokorą. Pokory wszakże nie widać w tak cudacznych rozwiązaniach redaktorskich polskich tłumaczeń Pisma św., które swoim zapisem wręcz świadczą o nieskromnie wybujałym ego Człowieka z Nazaretu. Zresztą nawet wstawianie wielkoliterowych zaimków w tekstach dotyczących Ojca niebieskiego lub wychodzących z jego ust (poza wypowiedziami skierowanymi wprost do niego) też budzi pewien niesmak i zgrzyta. Jahwe  Ojciec, Syn czy Duch Święty  nie potrzebuje takiego wsparcia ortograficznego. O niezwykłych aktach stwórczych i odkupieńczych Boga oraz jego wspaniałym działaniu w życiu jednostek i narodów mówi całe mnóstwo wersetów. Mocy, wielkości i niepowtarzalności Boga nie trzeba podrasowywać wielkoliterowymi zaimkami: nie przydadzą mu one boskości ani nie przymnożą niepodrabialnych atrybutów.

Dziennikarze to kretyni? Zobacz słynne wpadki polskich dziennikarzy [WIDEO]  - Dziennikzachodni.pl
Polska jenzyk trudna jenzyk
Niektórym i tego nie wystarcza: wcielają do armii dużych liter nawet zaimki swój i sobie (dobrze, że bodaj się i siebie oszczędzono w tej brance). Zjawisko to szczęśliwie nie występuje, jak się zdaje, w przekładach Biblii, mamy z nim jednak do czynienia w religijnych tekstach pozabiblijnych. Rozpanoszona w pismach teologicznych i religijnych (także śpiewnikach, przy czym w przypadku  tych ostatnich nie mam na myśli apostrof, czyli bezpośrednich zwrotów do Boga) maniera wielkoliterowych zaimków jest szalenie trudna do wyplenienia z zachwaszczonego ogródka polszczyzny, skoro teolodzy i pisarze chrześcijańscy, w tym redaktorzy, szastają nimi na lewo i prawo, za wzorzec przyjmując rozwiązania zastosowane przede wszystkim w Piśmie św., a redaktorzy tego ostatniego biorą za wzór czytywane artykuły biblistów oraz teologów... i tak koło się zamyka.

Przypomina mi się doświadczenie z pracy zawodowej, gdy przetłumaczony fragment Bóg za pośrednictwem swego Ducha (...) redaktorzy i korektorzy  utytułowani teolodzy i poloniści zarażeni manią wielkich liter  zmienili mi (arbitralnie!) na rzekomo lepszą wersję Bóg za pośrednictwem Swego Ducha (...). Jerum pajtasz!...

Ponadto dużą literą ozdabia się niekiedy w przekładach Pisma św. słowo imię, gdy dotyczy Boga, co jest kolejnym eksponatem w polskim gabinecie biblijnych osobliwości.

Na tym nie koniec. Ta jedynie słuszna moda przenika do piśmiennictwa pozateologicznego, gdzie coraz więcej mamy takich dziwów. Zapewne niemały wpływ ma na to zjawisko angielszczyzna i tłumaczone z niej teksty, dlatego przypomnę, że His (gdy mowa o którejś z Osób Boskich) nie zawsze trzeba oddawać po polsku jako Jego. W przekładzie na polski zaimki można często pominąć, bo są one domyślne na podstawie kontekstu, a jeśli zaimka użyć należy, to wystarczą zwyczajne swój lub własny. Przecież gdy idzie o jedną i tę samą osobę, nie mówimy: Marcin wziął jego kapelusz, tylko: Marcin wziął swój kapelusz, a najczęściej po prostu: Marcin wziął kapelusz, jeżeli tylko kontekst nie podpowiada, aby w grę mógł wchodzić kapelusz kogo innego niż Marcina, a z takimi sytuacjami przecież, statystycznie rzecz biorąc, mamy do czynienia w tekstach i w życiu najczęściej.

Zjawisko przeniknęło do pism niereligijnych do tego stopnia, że już trudno sobie wyobrazić tekst, w którym by w odniesieniu do Boga zaimki pisano małymi literami. Krnąbrnym jednostkom jako ostateczną wyrocznię podsuwa się tryumfalnie pod nos książkę, skądinąd pomocną i wartościową, Pisownia słownictwa religijnego. Jakby zapominając o jednym: że taki czy inny zapis zależy od kontekstu, jak również od intencji piszącego, nie od sztywnej, ślepej reguły językoznawców. Dodatkowo mamy chociażby warianty Ewangelia i ewangelia (gdy mowa o naukach Jezusa, nie o księdze), a także Pismo Święte i Pismo święte”. Teolodzy jednak znają i forsują oczywiście tylko sztancę: Ewangelia i Pismo Święte. Przez takie stawianie sprawy ktoś jeszcze, w dobie tak modnych teorii spiskowych, gotów pomyśleć, że Rada Języka Polskiego to jakaś klika, która wymusza zapis wielkoliterowy na podstawie arbitralnych ustaleń (z ukłonem w stronę nie rozsądku, lecz teologicznej maniery), czemu niewolniczo poddają się redaktorzy i korektorzy, choćby piszący był ateuszem lub wierzącym świadomym doskonale kontekstu danego ustępu, narzucającego lub co najmniej dopuszczającego rozwiązanie inne niż oficjalne spod szyldu: Pewuenowcy & Bogomędrcy, Inc.

Dużą literę sugerowałbym zarezerwować, oprócz zapisu rozmów z Bogiem (czyli tzw. apostrof i inwokacji), do wypowiedzi tyczących się Boga pod warunkiem, że użycie litery małej byłoby dwuznaczne. Ale i wtedy niech takie rozwiązanie będzie przyjmowane tylko jako ostateczność, tj. kiedy nie można zdania sformułować inaczej (choć wprawny tłumacz i redaktor w większości przypadków nie powinien mieć z tym problemu) i zaimek małoliterowy byłby dwuznaczny, czyli nie wskazywałby jasno, czy odnosi się do Boga, czy też człowieka, anioła, bożka, przedmiotu czy zjawiska.

Wszystkie wspomniane wyżej grzechy znajdziemy także na kartach tak zachwalanej tu i ówdzie Biblii ekumenicznej:
  • Wtedy zawołasz i PAN odpowie, zawołasz o pomoc, a On powie: Oto jestem! (Iz 58,9).
  • Kim jest ten, który zaciemnia Mój zamiar słowami bezmyślnymi? Przepasz biodra jak mężczyzna, będę cię pytał, a ty Mi wyjaśnisz. Gdzie byłeś, gdy zakładałem fundamenty ziemi? Wyjaw Mi, jeśli posiadasz taką wiedzę (Hi 38,2-4).
  • Dzięki temu przestaną szemrać przeciwko Mnie i nie zginą (Lb 17,25).
  • Królowie ziemi powstają, a możni razem spiskują przeciw PANU i Jego Pomazańcowi. Mówią: Zerwijmy Ich więzy, odrzućmy od siebie Ich pęta (Ps 2,2-3).
  • Wzywaj Mnie, a Ja ci odpowiem i oznajmię ci rzeczy wielkie i niepojęte, których nie znasz. (...) Jeśli zdołacie zerwać Moje przymierze z dniem i Moje przymierze z nocą tak, by nie było ani dnia, ani nocy we właściwym czasie, to będzie także zerwane Moje przymierze z Dawidem, Moim sługą, tak by nie miał syna panującego na jego tronie, oraz z kapłanami-lewitami, Moimi sługami (Jr 33,3.20-21).
  • Tak samo urągali Mu i łotrzy, którzy razem z Nim byli ukrzyżowani (Mt 27,44).
  • Zobaczyli to faryzeusze i powiedzieli do Niego: Popatrz, Twoi uczniowie robią to, czego w szabat robić nie wolno (Mt 12,2).
  • Oni jednak jeszcze głośniej krzyczeli: Na krzyż z Nim (Mt 27,23).
  • Cały lud jednak zawołał: Krew Jego na nas i na nasze dzieci! (Mt 27,25).
  • Dam Ci to wszystko, jeśli upadniesz na twarz i złożysz mi hołd (Mt 4,9).
Interesująco pisał o tej manierze Michał Wojciechowski, którego wypowiedź pozwolę sobie przytoczyć in extenso (M. Wojciechowski, Słabe punkty polskiego tłumaczenia Ewangelii w Biblii Tysiąclecia, w: Biblica et Patristica Thoruniensia, nr 9, 2016, s. 155):
Najszkodliwsze jest jednak to, że zaimki, które odnoszą się do Osób Boskich, Jezusa jako człowieka i jego matki, pisane są w BT z dużej litery. Jest to jaskrawa sprzeczność z oryginałem, gdzie zaimki te są niesamodzielne i przeważnie nawet nieakcentowane. Dość często można  by je po prostu ominąć. Raczej czcij ojca i matkę niż czcij ojca swego i matkę swoją
Nadmiar dużych liter wcale nie nawiązuje do tradycji. Jest to koncepcja redaktorów BT, gdyż przekłady wcześniejsze ich nie nadużywały. Przeniesiono tę manierę z niektórych tekstów liturgicznych, wmawiając wszystkim, że taka powinna być norma. Tymczasem oddawanie czci Panu Jezusowi przez sztuczną ortografię wydaje się mocno powierzchowne. 
Dalsze przekłady poszły niestety za tym, choć zostawiając małą literę przy pierwszej osobie. W BT Jezus mówi jednak o sobie JaMnie  z dużej litery. Z dużej litery mówią też o nim przeciwnicy, co jest jaskrawym zafałszowaniem. Potem redaktorzy pism i książek religijnych zaczęli wymuszać również na autorach artykułów i książek nadużywanie dużych liter w tekstach naukowych i popularnych, przez co publikacje religijne bywają dość niestrawne dla nieprzyzwyczajonych do tej maniery. 
I jeszcze dwa słowa ze strony profesora (M. Wojciechowski, Najnowszy przekład biblijny, w: Collectanea Theologica, 75, 2005 nr 4):
Jak w Biblii Tysiąclecia przyjęto pisownię wszystkich zaimków odnoszących się do Boga i Jezusa. Jest to niestety ortografia wprowadzona sztucznie, wbrew dawniejszej tradycji (od czasów Wujka po Dąbrowskiego) (...). Niesłusznie uchodzi za normatywną. Masowy czytelnik nie jest nawykły do tekstów kościelnych i odbiera ją jako męczącą i dziwaczną (...). Przyjęte rozwiązanie nie wynika z wierności oryginałowi, lecz pewnej maniery, a szkodzi przystępności dla ogółu, która była ważnym celem przekładu.

© Paweł Jarosław Kamiński 2019

środa, 13 lutego 2019

Anatomia przekładu

Wśród czytelników Pisma Świętego niezorientowanych w arkanach sztuki przekładowczej panuje powszechne a mylne przekonanie, że tłumaczenie wierne to tłumaczenie dosłowne. Otóż jest wręcz odwrotnie — im dosłowności mniej, tym przekład lepszy.






Niektórzy argumentują, że dobre wydanie Biblii winno zawierać literalnie przełożony tekst, z zaproponowanymi wieloma opcjami przekładu leksemów czy zwrotów, a czytelnik już samodzielnie dokona interpretacji. Że niby odbiorca nie znający danego języka wybierze sobie spośród zaproponowanych przez tłumacza wariantów te, które uzna za najwłaściwsze. Tyle że taki tekst w gruncie rzeczy powstać by nie mógł, nie sposób bowiem wyczerpać wszystkich możliwości przełożenia danego zdania, a nawet słowa.
Jakiż wyraz istnieje w oderwaniu od kontekstu?

Mit słownika

Wielu żyje w złudnym przeświadczeniu, jakoby przekład polegał na zamianie słów i konstrukcji języka wyjściowego (języka oryginału) na słowa i konstrukcje języka docelowego (języka przekładu). I że receptą na dobry przekład jest solidny, czyli gruby słownik. Oj, nie tędy droga... W tłumaczeniu nie podmienia się mechanicznie słownikowych odpowiedników, przekład to czynność znacznie bardziej złożona: gdyby było tak łatwo, tłumaczy już dawno zastąpiłyby maszyny. Język i myślenie podlegają jednak znaczniej bardziej skomplikowanym mechanizmom.

Niepodobna zmieścić w słowniku wszystkich znaczeń danego leksemu, które by przyszły do głowy rodzimemu użytkownikowi języka, gdyż nikt nie jest w stanie wyobrazić sobie wszystkich sytuacji, w jakich pojawić się może dana jednostka leksykalna (K. Hejwowski, Kognitywno-komunikacyjna teoria przekładu, Warszawa 2006, s. 35). Co za tym idzie, „nawet najobszerniejsze słowniki zawierają luki (K. Lipiński, Vademecum tłumacza, Kraków 2006, s. 139). Ponadto posiłkowanie się słownikami, a także wydawnictwami poprawnościowymi, w celu uniknięcia użycia danego słowa w niewłaściwym znaczeniu przynależy raczej do nowożytności. Dawniej słowników było znacznie mniej i tym samym znacznie rzadziej do nich sięgano, nawet obecnie jednak znaczenie leksemów należy ustalać przede wszystkim na podstawie kontekstu, nie słownika, gdyż to słowniki powstają na podstawie tekstów, nie odwrotnie. Każdy autor może rozszerzyć znaczenie danego wyrażenia, zwrotu, frazy czy wyrazu i używa języka specyficznie: ma swój idiolekt, niekoniecznie wyraża się słownikowo. Oddajmy głos przytoczonemu już Krzysztofowi Hejwowskiemu (dz. cyt., s. 29-30, 34):
Mit tłumaczenia dosłownego zakłada wiarę w mit słownika. Mit słownika to przekonanie niektórych naiwnych użytkowników o tym, że słowniki podają nam ekwiwalenty tłumaczeniowe danych jednostek leksykalnych języka wyjściowego. Wystarczy wziąć taką gotową cegiełkę ze słownika dwujęzycznego i wetknąć ją w odpowiednie miejsce tekstu docelowego. (...) Tłumacze wiedzą doskonale, że ekwiwalenty w słownikach dwujęzycznych trzeba weryfikować za pomocą różnych słowników monolingwalnych (...). Szukając polskiego ekwiwalentu angielskiego wyrazu podczas tłumaczenia, wolę często zajrzeć do angielskiego słownika jednojęzycznego, bo zamieszczony tam opis wyrazu i przykłady jego zastosowań pewniej mnie zwykle doprowadzą do poszukiwanego wyrazu polskiego niż słownik dwujęzyczny. Trzeba pamiętać, że słowniki nie odkrywają i nie ujawniają jakichś absolutnych prawd o języku i jego znaczeniu. Opisują jedynie rzeczywistość językową w kategoriach statystycznych.
(...)

Ludzie wierzą w autorytet słowa pisanego. Często sądzimy, że słowniki i opracowania gramatyczne to pełna wiedza na temat języka, przedstawiona nam przez specjalistów, którzy wiedzą wszystko. My, zwykli śmiertelnicy, nigdy takiej wiedzy nie osiągniemy, możemy jedynie do niej aspirować. W takim nabożnym podejściu do słowników znika nam z pola widzenia prosta prawda, że słowniki są pisane przez ludzi, których wiedza na temat języka choć zapewne większa od przeciętnej nie może przecież być pełna, którzy dysponują ograniczonym czasem, ograniczonym budżetem i ograniczonymi korpusami tekstów. Efekty ich działania mogą być lepsze lub gorsze, ale nigdy nie dostarczą nam pełnego opisu języka.
Barwnie i ze swadą w materii zawodności i niewystarczalności słownika wypowiada się tłumacz z portugalskiego Danielo Nogueira (tłum. Joanna Tkaczyk):
Tłumacz otoczony słownikami jest jednym z tych złudzeń, które straszą wyobraźnię laików ale i wielu tłumaczy. Sterta słowników nie czyni dobrym tłumaczem tak jak dobry aparat nie uczyni nikogo dobrym fotografem czy też posiadanie samochodu Formuły 1 nie zrobiłoby ze mnie kierowcy wyścigowego.
Ograniczyłem wiarę w słowniki. Ktoś, kto napisał to, co teraz tłumaczę, nie zawsze kieruje się słownikiem. Raczej jest zupełnie odwrotnie: słowniki niejako podążają za tym, co napisali ludzie, i zawierają jedynie użycie uważane za poprawne, jakiekolwiek jest znaczenie. Oczywiście zawierają tylko rzeczy sprawdzone. A ludzie, którzy piszą słowniki, mają również swoje uprzedzenia. (...)
Słowniki są bardzo potężną bronią i nie powinno się zostawiać ich w niedoświadczonych lub niewyszkolonych rękach. Słowniki dwujęzyczne są bardziej niebezpieczne od jednojęzycznych, ponieważ dają tłumaczom złudne poczucie bezpieczeństwa. A im większe, tym bardziej niebezpieczne: Jest ten wielki słownik, wydany przez to duże wydawnictwo i napisany przez takich specjalistów, a w nim X = Y. Więc mogę przetłumaczyć X jako Y.

Niestety, to nieprawda. W najlepszym przypadku słownik podaje, że znaleźliśmy co najmniej jeden przykład słowa X, które według naszej najlepszej wiedzy i przekonania powinien być przetłumaczony jako Y i uznany za odpowiedni do słownika. To nie znaczy, że przykład słowa X w naszym tekście należy tłumaczyć jako Y. Jest to bolesna lekcja, ale musi nauczyć się jej każdy, kto planuje w przyszłości zostać dobrym tłumaczem.
Owszem, można by wydać multiwariantywny, rzecz jasna nie wyczerpujący wszystkich możliwości, specjalny przekład Biblii z myślą o filologach (hebraistach czy grecystach lub osobach uczących się tych języków), ale zwykły zjadacz chleba filologiem nie jest i guzik go obchodzą zakresy znaczeniowe leksemów, idiomy czy składnia języka wyjściowego — i słusznie, bo od przełożenia ich na zrozumiały komunikat nie jest nieprzygotowany filologicznie (czyli niekompetentny językowo) czytelnik, lecz tłumacz filolog (znawca języka i kultury oryginału). Nie znającemu greki ani aramejszczyzny Iksińkiemu taka akademicka pomoc w interpretowaniu Pisma św. wyświadczyć by mogła wręcz niedźwiedzią przysługę z racji nieposiadania przezeń zaplecza filologicznego. Musi zatem posiłkować się różnymi przekładami, z tych zaś każdy jest interpretacją: nie da się od tego uciec.

Terminy historyczne, nieprzystawalność pojęć

Są w świecie antycznym rzeczy i pojęcia wyjaśnia Kazimierz Kumaniecki które od dawna nie istnieją już w świecie nowożytnym i nie mają w nim swoich odpowiedników; toteż tłumacz pragnąc je wiernie oddać staje od razu przed wielkimi trudnościami, z których zresztą niejednokrotnie nie zdaje sobie w pełni sprawy. (K. Kumaniecki, Nad prozą antyczną, w: O sztuce tłumaczenia, Wrocław 1955, s. 99).
Następnie autor rzuca garść przykładów. Grecki stratēgos (στρατηγός) nie może zostać w tłumaczeniu generałem czy hetmanem,  nie sposób mówić o narodzie ateńskim, jeżeli Ateńczycy nie tworzyli narodu, łaciński consul to w średniowieczu nie konsul, lecz rajca, advocatus zaś wójt (tamże, s. 99-100).

Dzieje tak się też w przypadku Pisma Świętego, gdzie pewne utarte w polszczyźnie biblijnej terminy nie przystają do dzisiejszych realiów ani nie stanowią adekwatnego odpowiednika danego leksemu użytego w oryginale. Tak jest choćby ze słowem celnik, które znaczy obecnie co innego niż w staropolskich Bibliach (pracownika państwowego urzędującego na przejściu granicznym), znacznie lepiej zaś sens greckiego telōnēs (τελώνης) oddaje dziś polskie słowo poborca. Słabo też wypadają uczeni w piśmie (Piśmie), uczeni w Prawie czy doktorowie, podczas gdy lepszym odpowiednikiem tożsamych nomodidaskalos (νομοδιδάσκαλος: Łk 5,17), grammateus (γραμματεύς: Łk 5,21; Mk 2,6; 12,28; Mt 9,3; 23,29) i nomikos (νομικὸς: Mt 22,35; Łk 10,25; 11,43.46.47) byłby znawca Tory lub znawca Pisma Świętego (nie: pisma, bo nie uczyli czytać i pisać! również raczej nie: Pisma, gdyż słuchacze nie będą dużej litery słyszeć: przypomnę, że Biblia bywa czytana podczas kazań i homilii dla niektórych ludzi jedynych sytuacji, kiedy mogą zapoznać się z jej treścią); można by też ewentualnie rozważyć — na zasadzie tzw. egzotyzacji wprowadzenie, wraz z załączeniem odpowiedniej adnotacji, terminu sofer” (l.mn. soferowie”, od hebr. soferim), jeśli o soferów w tekście chodzi. Biblijne realia są egzotyczne, pochodzą z odległych czasów ludzi żyjących niejako w innym świecie: kiedy tłumaczymy tekst pochodzący np. ze średniowiecza, występują w nim średniowieczne realia, a co za tym idzie terminy i pojęcia historyczne, które niekiedy trzeba opatrzyć stosownym glosariuszem, jeżeli współcześnie nie mamy odpowiednika określonej funkcji, przedmiotu czy zjawiska.

Łatwiej zrzynać, niż ruszyć konceptem

Tłumacze zbyt często zakładają ręce i asekuracyjnie papugują rozwiązania poprzedników, tymczasem uczciwie podchodząc do rzeczy, winni zweryfikować, czy aby na pewno dane słowo lub zwrot rozumiano dotychczas należycie, nawet gdyby tradycja określonej wykładni i rozwiązania przekładowego sięgała setek i więcej lat. A jeśli popełniono kiedyś błędy, trzeba dopatrzeć, żeby ich nie powtarzać, choćby stali za nimi wielcy średniowieczni czy nowożytni egzegeci: jednym z takich przypadków jest powielanie, bodaj wskutek wykładni Jana Chryzostoma, niefortunnie przełożonego w J 11,33 i J 11,38 słowa embrimaomai (ἐμβριμάομαι), które tak naprawdę mówi o wzburzeniu, gniewie Jezusa, nie o wzruszeniu (zob. W. Linke, Wzruszenie czy zdenerwowanie Jezusa? Uwagi do tłumaczenia J 11,33.38, czyli tłumacz samotny wobec tradycji, w: Polszczyzna biblijna, t. 1, Toruń 2009, s. 203-222).

Z takim lenistwem intelektualnym mamy zresztą do czynienia na polu przekładu nie tylko Biblii, lecz także, aczkolwiek w znacznie mniejszym stopniu, starożytnych filozofów. Przykładem trudności translatorskich są chociażby słynna grecka arēte i łacińska virtus, wcale niekoniecznie tożsame z polską cnotą (zob. T. Mróz, Rara avis przekładów Platona. Eutyfron w tłumaczeniu Józefa Bocheńskiego, w: Homo moralis homo creativus, Jelenia Góra 2015, s. 125-6). U Stagiryty z kolei tytuł dzieła oddawany tradycyjnie jako Etyka nikomachejska winien brzmieć raczej O celu ludzkiego życia bądź Do czego powinniśmy dążyć?, gdyż wbrew bałamutnej ułudzie greckich ethike i ta ethika nie traktuje o etyce ani moralności (zob. L. Skowroński, Dlaczego konieczne jest nowe tłumaczenie Etyki nikomachejskiej Arystotelesa?, w: Archiwum historii filozofii i myśli społecznej, nr 56/2011, s. 53-68).

Koloryt

Nierzadko pada argument, że skoro oryginał ma swój urok i kryje tajemnice, to i przekłady dosłowne muszą dać czytelnikowi posmak owej tajemnicy oraz tzw. kolorytu lokalnego (couleur locale). Zwolennicy takiego podejścia chcą mieć do czynienia w przekładzie z efektem obcości. Koncepcja dwóch sposobów tłumaczenia wyobcowującego i przyswajającego pochodzi od Lutra i Schleiermachera. Tyle że przekład Biblii nie jest podręcznikiem do nauki greki, aramejskiego czy hebrajskiego. Tłumaczenie ma być oddaniem w języku docelowym tego, co niezrozumiałe dla czytelnika nie znającego języka wyjściowego. A za arcypotężną dawkę kolorystyki wystarczą aż nadto już same zachowania, zwyczaje, geografia i obrzędy postaci biblijnych żyjących w jakże odległych czasowo, geograficznie, mentalnie i obyczajowo światach. Egzotyzmy należy więc sobie darować, chyba że — jak pisałem wyżej mamy do czynienia ze zjawiskiem, funkcją czy przedmiotem historycznym dziś już niewystępującym.
W zasadzie w każdym wypadku można i jest bezpiecznie z semityzmów rezygnować — przekonuje Andrzej Zaborski. Język polski niewątpliwie posiada środki wyrazu ekwiwalentne środkom wyrazu języka hebrajskiego czy greki, chociaż oczywiście nie te same. („Nowe tłumaczenia Biblii a teoria przekładu”, w: Ruch Biblijny i Liturgiczny, nr 30, 1977, s. 306).

Przekład jest interpretacją

Jeszcze inni preferują przekłady dosłowne Pisma św. dlatego, że wolą być zwiedzeni literalnością tłumaczenia aniżeli wykładnią interpretatora. Tak jakby była jakaś różnica w stopniu niezrozumienia tekstu w jednym i drugim przypadku: błędna wykładnia jest błędna niezależnie od tego, czy podsunie nam ją autor przekładu niedosłownego, czy też dosłownego. A że nie można ufać interpretacji określonego tłumacza? Oczywiście! przy tak arcyważnym tekście jak Słowo Boże nie można sobie pozwolić na zdanie się na jednego człowieka. Tylko że od poszerzenia horyzontu jest lektura książek i artykułów traktujących na temat poszczególnych biblijnych zagadnień, zwrotów, leksemów czy wersetów. I naturalnie porównywanie danego ustępu w różnych przekładach Biblii. Ewentualnie można się nauczyć oryginału, skoro nie chce się być skażonym interpretacją tłumacza. Niemniej jednak nawet wówczas będziemy sobie tekst przekładać i interpretować w głowie, gdyż każda lektura, nawet w ramach języka rodzimego, jest już interpretacją (zob. M. Łukasiewicz, Pięć razy o przekładzie, Kraków—Gdańsk 2017, s. 59-88). Pisał o tym chociażby Gadamer, co widać już po wymownym tytule jego pracy Lektura jest przekładem. Czymże jest przekład, jeśli nie oddaniem w innym języku tego, czegośmy się doczytali (zob. M. Łukasiewicz, dz. cyt., s. 61)? Stefan Ingvarsson w wywiadzie dla Dwutygodnika ujmuje rzecz w następujący sposób: (...) tłumacz dokonuje interpretacji, przekład jest orzeczeniem tłumacza na temat tego, czym jest według niego oryginalny tekst.

NIE MA TRANSLACJI BEZ INTERPRETACJI — ta zasada stoi na pierwszej stronie elementarza adeptów sztuki przekładu. „[K]ażde przekładowe wykonanie oryginału jest jego interpretacją” (A. Kopacki, „Mała typologia wady”, w: O nich tutaj, Kraków—Warszawa 2016, s. 97). Uniknąć tego — powtórzmy nie sposób, czytelnicy są skazani na poznawanie odczytań tłumaczy.

Nie tylko kafir nie ma letko

Na pocieszenie (acz marne, iście godne przyjaciół Hioba) można dodać, że podobne problemy występują w przypadku tłumaczeń świętej księgi islamu. Koran w klasycznym i nieocenionym przekładzie na polski też, jak dowodzi szkic Nasalskiego, pozostawia wiele do życzenia, grzesząc dosłownością i nieczytelnością (I. Nasalski, Koran w tłumaczeniu Józefa Bielawskiego, w: Języki orientalne w przekładzie, nr 24, Kraków 2002, s. 123-131). Dla przykładu sięgnijmy do trzech konkretów ukazanych w artykule:
  1. W wersecie 68:16 czytamy: My napiętnujemy go na ryju”. Czyżby chodziło o wulgarnie sformułowany tekst o wypaleniu za karę jakiegoś znamienia? Nic z tych rzeczy: idzie o zwykłe My utrzemy mu nosa
  2. W wersecie 2:188 spotykamy niezbornie posklejane słowa: (...) i nie zjadajcie sobie nawzajem majątków nadaremnie; nie oddawajcie ich sędziom po to, by zjadać grzesznie część majątku innych ludzi skoro przecież wiecie, tymczasem oryginał znaczy: Nie pozbawiajcie się swoich majątków. Nie przekupujcie też sędziów, aby wejść w posiadanie cudzego majątku, skoro wiecie, że jest to grzechem.
  3. Werset 2:217 zaskakuje nas szkaradzieństwem: [a jeśli ktoś z was wyrzeknie się swej religii] tacy będą mieszkańcami ognia, mimo że nie chodzi tu o czczących ogień zaratusztrian, lecz o potępieńców, toteż właściwym przekładem mogłoby być: takich czeka ogień piekielny lub tacy będą się smażyć w piekle”.
  4.  
© Paweł Jarosław Kamiński 2019